Na giełdzie w Warszawie bessa w pełnej krasie. Ci, którzy inwestują w akcje w ostatnich miesiącach, raczej nie zarobili ani na wyjazd na Euro, ani na wycieczkę na olimpiadę, ani na wakacje. Na dodatek na razie nic nie świadczy o tym, by w najbliższym czasie dało się na owe przyjemności na giełdzie zarobić.

W maju miałem cichą nadzieję, że trwająca kilka tygodni konsolidacja zakończy się ruchem indeksów w górę. Co prawda z tyłu głowy kołatała mi się maksyma sprzedaj w maju akcje i jedź na wakacje, ale - jak już pisałem wyżej - sprzedaż akcji większości inwestorów nie dawała zarobków. Co najwyżej pieniądze na wakacje. Ale czy wakacje spędza się za kapitał?

Początek czerwca pokazał, że maksyma i w tym roku działa. Co prawda stratedzy Unicredit CAIB zalecali przetrzymanie akcji przez wakacje, ale inwestorzy - jak się wydaje - tym razem ich nie posłuchali. Za kilka miesięcy okaże się, kto miał rację.

Zastanawiając się, komu puściły nerwy, doszedłem do wniosku, że stoi za tym zagranica. Zachodni, a dokładniej dolarowi inwestorzy, sprzedając akcje w czerwcu, mogli - w sumie jako jedyni - realizować dwucyfrowe zyski, jeśli papiery kupowali w styczniu.

A spadki na giełdzie wyraźnie pogorszyły nastroje inwestorów. Doszło do tego, że każda gorsza informacja ze spółki albo obniżona rekomendacja skłania do wyprzedaży akcji. Paradoksalnie w sumie to dobry sygnał. Jest szansa na to, że wchodzimy w ostatnią fazę bessy. Fazę zwątpienia. Ile potrwa? Jak głęboko indeks spadnie? Na te pytania nikt odpowiedzialny raczej nie odpowie.

Pewien zarządzający z kilkunastoletnim stażem kilka dni temu powiedział mi, że wreszcie może dobierać akcje do portfela. I dodał, iż raczej nie kieruje się przy tym zaleceniami analityków. A jeśli już, to takich, którzy wiedzą z autopsji, co to jest bessa.

tomasz.swiderek@infor.pl