Dokapitalizowanie spółek przez Skarb Państwa akcjami firm giełdowych ma długą tradycję. Już nie pamiętam, kto był pierwszy i jakie akcje dostał. Najnowszy zaś przykład to Stocznia Gdynia. Ministerstwo Skarbu Państwa chce w czerwcu przekazać Stoczni Gdynia 2,6 mln akcji PKO BP i 6 mln 574 tys. 966 akcji Polic. Co z tymi papierami zrobi dokapitalizowana spółka? Według rzecznika MSP, sposób wykorzystania przekazanych akcji zostanie uzgodniony z zarządem Stoczni Gdynia. Co to w praktyce oznacza? Ni mniej, ni więcej niż to, że akcje zostaną sprzedane. Kiedy? Tego nie wiemy.

I w ten sposób powstał czynnik ryzyka w inwestowaniu w papiery PKO BP i Puław. Podaż może pojawić się w dowolnej chwili, a do wchłonięcia jest w sumie całkiem spory pakiet akcji. Nawet w czasie hossy taki sygnał powstrzymałby tempo wzrostu kursu. Teraz, gdy na giełdzie gości bessa i symbolizujący ją niedźwiedź wprawnie tłumi wszelkie próby zbyt wysokiego jego zdaniem wzrostu indeksu, taka informacja jest naprawdę zła.

Skoro rynek nie ma siły rosnąć, bo napływ nowej gotówki jest - delikatnie mówiąc - dość umiarkowany, a w powietrzu ciągle wisi spora podaż papierów całkiem ciekawych spółek, głownie z portfela MSP, potencjalni kupcy nie są zainteresowani nabywaniem akcji zbyt drogo. I zacznie się gra kto kogo przetrzyma. Stocznia rynek czy rynek Stocznię? Jestem prawie pewien, że przy obecnej sytuacji Stoczni i sytuacji rynkowej, to rynek wyjdzie z tej próby sił zwycięsko i podyktuje warunki transakcji.

W czwartek, gdy minister skarbu Aleksander Grad ujawnił informacje o planach swego resortu, kurs akcji PKO spadł o 0,9 proc., czyli tyle co rynek. Police staniały aż o 2,4 proc. Różnica w skali spadku to efekt wielkości przekazywanych pakietów akcji w stosunku do ogólnej liczby akcji. Dla PKO pakiet to 0,25 proc. wszystkich akcji, dla Police - 9,4 proc.