Nie chcę teraz oceniać, czy wyniki były lepsze czy gorsze niż rok temu i jak się miały do oczekiwań. Chcę opisać swe wrażenia z lektury kilkudziesięciu dość losowo wybranych sprawozdań finansowych spółek spoza grona największych firm giełdowych. A te wrażenia są mieszane z przewagą negatywnych.

W początku polskiej transformacji, w jednej z salek Hotelu Europejskiego w Warszawie, za jakieś pomocowe pieniądze z USA zorganizowane zostało dla dziennikarzy szkolenie z czytania raportów finansowych. Miałem w nim przyjemność uczestniczyć. Amerykańcy prelegenci tłukli nam do głów, jak ważne są raporty spółek, i te kwartalne, i te roczne. Przekonywali, że są kompendium wiedzy o spółkach, o ich produktach i sytuacji finansowej oraz rynkowej. A wszystko to pokazywano nam na przykładzie niesamowicie kolorowego, ale niezmiernie merytorycznego raportu rocznego firmy Ben & Jerry, producenta lodów.

Przyznam, że Amerykanie mnie wówczas skrzywili. Nie wiem, jak smakują lody Ben & Jerry, ale ciągle jestem zdania, że raporty naszych spó- łek powinny być tak dobre jak Ben & Jerry. Od kilku lat spore jakościowe podobieństwa widzę w raportach i towarzyszących im informacjach dodatkowych większości największych firm.

Wśród małych i średnich spółek wiele raportów nadal rozczarowuje. Ich zarządy po prostu wypełniają przygotowane przez nadzór formatki i uważają, że spełniły swój obowiązek wobec akcjonariuszy. A potem się dziwią, że kurs akcji leci na łeb, na szyję, gdy przyjdzie jakaś negatywna informacja, której nie uda się ukryć pod wynalezionym przez jedną z firm telekomunikacyjnych terminem ujemna dynamika wzrostu sprzedaży.

Dobry raport buduje relacje z inwestorami. Oni muszą rozumieć spółkę i jej biznes i z dniem publikacji każdego nowego raportu finansowego czuć, że zarząd o nich dba.