Wolnorynkowy kapitalizm w połączeniu z odpowiednią edukacją to jedyna skuteczna odtrutka na rasizm. Niestety, na pewno nie natychmiastowa.
Dziennik Gazeta Prawna
Zacznijmy od słodko-gorzkiej historii o tym, jak zarobić na głupocie rasistów. W 1900 r. „New York Times” opublikował krótki artykuł zatytułowany „Negro Finds Way to Wealth” (Murzyn znajduje sposób na bogactwo), którego bohaterem był J. Dallas Bowser, afroamerykański dziennikarz, poeta i biznesmen. Bowser, wykorzystując rasowe uprzedzenia klasy średniej, zaczął kupować domy w białych, bogatych dzielnicach. Gdy ich mieszkańcy dowiadywali się, że będą mieć czarnoskórego sąsiada, byli gotowi odkupić od niego nieruchomość, byleby się nie wprowadzał. Oczywiście po cenie znacznie wyższej niż rynkowa. „New York Times” pisał, że Bowser osiągał w ten sposób „niebotyczne zyski”. W końcu jego strategia inwestycyjna została zakwestionowana na drodze sądowej, ale biznesmen łatwo wybronił się od absurdalnych zarzutów. Był wolnym człowiekiem, mógł kupować i sprzedawać, cokolwiek miał ochotę.
Dlaczego ta historia jest słodko-gorzka? Gorzka, bo świadczy o tym, jak głębokie, silne i irracjonalne mogą być postawy rasistowskie. A słodka, bo… Chwileczkę. Podtrzymajmy suspens.
Reklama

Nie tak jak u Tarantino

Reklama
Jednym z najczęściej poruszanych w amerykańskich mediach problemów – obok pandemii i wyborów prezydenckich – jest dziś „systemowy rasizm”. Od rasizmu zwykłego różni się on tym, że jest bardziej instytucjonalną praktyką niż ideologią. Pierwotnie rasiści głosili wyższość jednych ras nad drugimi, zniewalając przedstawicieli tych, których uznawali za gorszych. Uważali też, że ich poglądy mają uzasadnienie naukowe. Jak pamiętny właściciel niewolników Calvin Candie z filmu Quentina Tarantino „Django Unchained” (grał go Leonardo DiCaprio), który wierzył, że rasy różnią się kształtem, wielkością czaszki i mózgu, a parametry te determinują ich zdolności intelektualne.
Taki rasizm to w XXI w. margines. Dziś jest on raczej chaotyczną siecią negatywnych stereotypów na temat grup innych niż nasza. Stereotypy te, wdrukowane w ludzki umysł w wyniku wielu dekad transmisji kulturowej, bywają często nieuświadomione, ale przekładają się na praktyczną dyskryminację: na rynku, w polityce, w życiu społecznym. Jak to jednak możliwe, że 155 lat po tym, jak 13. poprawka do konstytucji USA zniosła niewolnictwo, Amerykanie wciąż mają problem z rasizmem?
Wielu intelektualistów wspierających ruch Black Lives Matter ma wyjaśnienie: to wszystko wina kapitalizmu. Takiego zdania jest np. historyk Walter Johnson z Uniwersytetu Harvarda. W książce „The Broken Heart of America” (Złamane serce Ameryki) przekonuje, że kapitaliści celowo promują rasistowskie postawy, bo umożliwia im to utrzymanie status quo, w którym pracownik jest bezsilny, a pracodawca wszechwładny. Według Johnsona rasizm to wyzysk, a fabryki to współczesne plantacje bawełny.
Kapitalizm przyczyną systemowego rasizmu? Wielu uważa, że jest dokładnie odwrotnie. Austriacki ekonomista i myśliciel polityczny Ludwig von Mises, który jako Żyd musiał uciekać przed nazistami do USA, uznawał go za „polilogizm”: pogląd, że różne grupy etniczne cechuje różna struktura umysłu, co musi skutkować konfliktem. W świecie, w którym niewolnictwo jest legalne, takie przekonanie funkcjonuje jako wygodna racjonalizacja. Po jego zniesieniu rasistowski polilogizm jednak nie zaniknął, lecz uległ transformacji. Dlaczego? Zainterweniowało państwo.

Nasz dom murem podzielony

Zniesienie niewolnictwa oznaczało kłopoty finansowe dla południowców, którzy na wyzysku korzystali. Robili więc wszystko, by utrzymać chociaż część swoich przywilejów. W 1896 r. skutecznie przekonali Sąd Najwyższy USA, że równość rasowa nie stoi w sprzeczności z segregacją i wprowadzili w wielu stanach tzw. prawa Jima Crowa, czyli m.in. zakaz małżeństw mieszanych, osobne szkoły, przedziały w pociągach itp. Prawa Jima Crowa nie były jedynym typem interwencji legislacyjnej wymierzonej w czarnych. Do równie szkodliwych należy zaliczyć reguły zagospodarowania przestrzennego (zoning laws) czy przepisy o płacy minimalnej. U progu XX w. powszechne było przekonanie, że obie te metody mogą służyć do wypierania czarnej konkurencji z rynku pracy. Eksniewolnicy nie byli, jak się często stereotypowo myśli, wyłącznie niewykwalifikowanymi robotnikami. Skutkiem abolicji było uwolnienie ogromnych zasobów także wykwalifikowanej, a do tego taniej siły roboczej, która była głodna sukcesu i wiedzy. Analfabetyzm wśród czarnych stopniał z 80 proc. w 1870 r. do zaledwie 30 proc. w 1910 r. – wynik, który Indie osiągnęły dopiero kilka lat temu.
Złożone głównie z białych związki zawodowe na Północy wpadły w popłoch, obawiając się o swoje miejsca pracy. Między innymi dlatego lobbowały też za wprowadzeniem płacy minimalnej – liczyły, że ograniczy ona tanią konkurencję. Ostatecznie płacę minimalną na poziomie federalnym wprowadzono w 1933 r. w ramach Nowego Ładu, wielkiego pakietu antykryzysowego prezydenta Franklina D. Roosevelta. Szacuje się, że zanim Sąd Najwyższy uznał te przepisy za niekonstytucyjne w 1935 r., pracę straciło około pół miliona czarnych pracowników. Trzy lata później uchwalono nową, poprawioną ustawę, której konstytucyjność potwierdził SN w 1941 r. Ze zmianami funkcjonuje ona do dzisiaj, choć niektóre stany efektywnie ją zneutralizowały. Jak obliczyli Daniel Kessler (Uniwersytet Stanforda) i Lawrence Katz (Uniwersytet Harvarda), krok ten istotnie zmniejszył tam rozpiętość dochodową pomiędzy czarnymi a resztą robotników budowlanych.
Innym sposobem ugruntowania dyskryminacji Afroamerykanów były przepisy dotyczące zagospodarowania przestrzennego. W wielu miastach USA włodarze, zainspirowani twierdzeniami eugeniki, projektowali je tak, aby umożliwić tworzenie czarnych gett. Chodziło m.in. o stygmatyzację czarnej mniejszości i obniżenie jej wartości na rynku. W 1910 r. J. Barry Mahool, burmistrz Baltimore, wprowadzając reguły zakazujące Afroamerykanom osiedlania się w pobliżu białych, mówił otwarcie: „Czarni muszą przechodzić kwarantannę w odizolowanych slumsach, żeby zredukować przypadki niepokojów społecznych i zapobiec rozprzestrzenianiu się chorób zakaźnych w pobliżu domostw białych ludzi”. Inne amerykańskie miasta poszły wkrótce w ślady Baltimore. Mimo rasizmu i szkodliwej legislacji standard życia Afroamerykanów w pierwszej połowie XX w. rósł. Jeszcze w 1940 r. aż ok. 87 proc. czarnych rodzin żyło poniżej progu ubóstwa, a do 1960 r. wskaźnik ten spadł do 47 proc.

Piekło i dobre intencje

Polityka administracji rządowej wobec afroamerykańskiej mniejszości zaczęła się zmieniać, gdy do władzy doszedł prezydent John F. Kennedy, a potem Lyndon B. Johnson. Pierwszy był inicjatorem akcji afirmatywnej. W 1961 r. wydał on rozporządzenie wykonawcze nr 10925, mające zapewnić w instytucjach i usługach publicznych równe traktowanie bez względu na rasę, narodowość i pochodzenie etniczne. Drugi podpisał – w 1964 i 1965 r. – ustawy znoszące segregację rasową. Dzięki tym działaniom mniejszości uzyskały równe prawa obywatelskie.
Problem w tym, że ani Kennedy, ani Johnson nie uważali tego za wystarczające. Czarna mniejszość zaznała tak dużych krzywd historycznych, że – jak twierdzili – należy wdrożyć polityki, które je rekompensują. „Sama wolność nie wystarczy. Nie pozbędziemy się blizn przeszłości, mówiąc: od teraz możecie iść, dokąd chcecie i robić, czego pragniecie. Otwarcie drzwi to nie wszystko, wszyscy nasi obywatele muszą umieć przez nie przejść. Nie pragniemy zaledwie równości szans, pragniemy faktycznej równości jako rezultatu” – tłumaczył Johnson w 1965 r., rok po ogłoszeniu „wojny z biedą”, programu socjalnego, który w połączeniu z akcją afirmatywną miał zrównać ich status społeczny i majątkowy z białymi. Efekty jednak były dalekie od zamierzonych. „Owszem, od ogłoszenia wojny z biedą do 1980 r. stopa ubóstwa wśród czarnych spadła o kolejne 18 punktów procentowych, ale po pierwsze, była to kontynuacja wcześniejszego trendu, po drugie, spadek stopy ubóstwa spowolnił” – zauważa w swoich publikacjach czarny ekonomista Thomas Sowell. Dobrze dokumentuje to spowolnienie praca Williama J. Collinsa z Uniwersytetu Vanderbilta i Marianne Wanamaker z Uniwersytetu Tennessee „Up From Slavery? African American Intergenerational Economic Mobility Since 1880” (Podźwignięci z niewolnictwa? Międzypokoleniowa mobilność ekonomiczna Afroamerykanów od 1880 r.). Znajdujemy tam dane ilustrujące zmiany statusu ekonomicznego potomków białych i czarnych rodzin. Od początku XX w. do wprowadzenia polityk Johnsona status czarnych poprawiał się w tempie podobnym do białych. Różnica ich dochodów nie malała, ale utrzymywała się na poziomie ok. 22–23 proc. W latach 60. status czarnych zaczął spadać i różnica powiększyła się do ok. 26 proc. Rosnąć ponownie zaczął dopiero za prezydentury Ronalda Reagana. Dzisiaj majątek przeciętnej czarnej rodziny jest wciąż 10-krotnie mniejszy niż białej.
90-letni Sowell, dawniej socjalista, ma wyjaśnienie. Wychował się w Harlemie i przeszedł tam szkołę życia, zaznając skrajnej biedy i będąc ofiarą nienawiści rasowej. Socjalistyczne poglądy żywił, jeszcze robiąc doktorat na Uniwersytecie w Chicago i mając tam radykalnie wolnorynkowego George’a Stiglera za promotora. To pod jego wpływem zaczął kwestionować modną wizję rzeczywistości. Stigler, specjalizujący się w historii gospodarki i wpływie regulacji na funkcjonowanie rynku, uświadomił mu, że istnienie rasizmu nie bierze się z powietrza. I tylko zidentyfikowanie jego prawdziwych źródeł może pomóc w jego zwalczaniu. Owe przyczyny Sowell odnalazł w złej polityce. On i inni przeciwnicy interwencjonizmu przekonywali, że biali Amerykanie prawdopodobnie z czasem porzucaliby uprzedzenia rasowe, gdyby nie to, że aktywna i źle skalibrowana polityka społeczna dała dyskryminacji nowe paliwo. Socjal zmniejszył dynamikę bogacenia się czarnych, dużą część z nich zamykając w pułapce biedy i uzależniając od świadczeń. Dobre intencje legislatorów wybrukowały piekło afroamerykańskiej mniejszości.

Smutne dzieciństwo

Najczęściej krytykowanym elementem wojny z biedą są hojne zasiłki dla samotnych matek (traciły je w momencie, gdy zamieszkiwały z partnerem bądź brały ślub). W latach 60. XX w. ok. 20 proc. czarnych Amerykanek samotnie wychowywało dziecko, a dzisiaj to już ponad 70 proc. Dla Latynosów, drugiej dużej grupy etnicznej, której wojna z biedą miała pomóc, ten wskaźnik wynosił ponad 50 proc. Dla białych: 29 proc. Jedno z najczęściej przywoływanych wyjaśnień tego zjawiska jest takie, że zasiłki zniechęcały nie tylko do wchodzenia w związki i przyczyniały się do rozbicia rodziny, lecz także odwodziły od podejmowania pracy. Warto zaznaczyć, że wybór zasiłku zamiast pracy nie był objawem lenistwa, a całkiem racjonalną decyzją. Przy danych kwalifikacjach zawodowych i ograniczeniach instytucjonalnych dla wielu członków czarnej społeczności był najbardziej opłacalną opcją. Niemniej to, co z punktu widzenia jednostki jest racjonalne, może szkodzić ogółowi. Tak było w tym przypadku. Kultura zależności od socjalu – w połączeniu z innymi czynnikami społeczno-kulturowymi – sparaliżowała zdolność mniejszości do bogacenia się. Pozbawione ojców dzieci, wychowujące się w gettach, szansę na poprawę swojego losu zaczęły dostrzegać nie w awansie społecznym dzięki pracy, lecz w działaniach przestępczych. Sowell zauważa, że w czarnych enklawach wytworzył się etos zachowań, zgodnie z którym naśladowanie białych pod jakimkolwiek względem uznaje się za zdradę pobratymców. Pracowitość przestała być cnotą. „Odnoszenie sukcesów, okazywanie swojej inteligencji po prostu przestało być «cool» – pisał w 2003 r. John Ogbu, antropolog z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley w jednej ze swoich prac. Cool stała się kultura gangsterska.
Stigler, a za nim Sowell twierdzą, że to właśnie wzrost przestępczości wśród czarnych bezpośrednio wzmacniał uprzedzenia rasowe. Rasizm stał się godną ubolewania heurystyką poznawczą: „Unikaj tego, co ci się źle kojarzy”. „Godną ubolewania”, bo przecież osoby, które się nią kierują, nie zdają sobie sprawy, że popierana przez nich polityka socjalna niszczy bodźce do samorozwoju mniejszości. Oczywiście ludzie ci na takie dictum zareagują oburzeniem i przypomną o akcji afirmatywnej. Czyż ona nie wyciągnęła Afroamerykanów z nędzy, pomagając im dostać pracę w urzędach, policji czy na uniwersytetach? Owszem, ale to nie znaczy, że akcja afirmatywna zawsze przynosiła pozytywne rezultaty. Dobrym przykładem są uczelnie wyższe. Uniwersyteckie programy rekrutacyjne przyznawały dodatkowe punkty za pochodzenie, w efekcie czego na kampusach pojawiła się większa liczba czarnych studentów. Teoretycznie to pozytywne zjawisko – wyższe wykształcenie przekłada się na lepsze zarobki. Pojawił się jednak problem niedopasowania. Studenci, którzy w testach np. na Uniwersytet Kalifornijski osiągali przeciętne wyniki, ale w wyniku premii rasowej zostawali przyjęci, mieli potem problemy z utrzymaniem się na studiach. Dlatego mimo że liczba czarnych studentów w latach 80. tam rosła, spadała liczba czarnych absolwentów. Gdyby poszli na inną uczelnię, o niższym standardzie, mieliby większą szansę na dyplom. Duża liczba porażek edukacyjnych wynikała też z tego, że nie rozwiązano problemu słabej jakości nauczania w szkołach publicznych, do których uczęszcza afroamerykańska młodzież. David Kirp, profesor polityki publicznej z Uniwersytetu Kalifornijskiego, pisał w 2010 r. na łamach „National Affairs”, że „pod każdym względem czarni chłopcy radzą sobie w szkole gorzej, a ich sytuacja nie zmieniła się od 30 lat”. Mimo ponad pół wieku ułatwień Afroamerykanie wciąż dwa razy rzadziej niż biali kończą studia wyższe. Gdy zwolennikom akcji afirmatywnej zwróci się na to uwagę, mówią, że potrzeba czasu, by zadziałała. Tyle że mówią tak już od lat 70.
Wspomnieć trzeba jeszcze o innym negatywnym efekcie akcji afirmatywnej, szczególnie bolesnym w kontekście rasizmu. To, że w instytucjach więcej miejsc przyznawano czarnym, skutkowało tym, że było ich mniej dla przedstawicieli innych ras. Co musiało wywoływać konflikty. Niekoniecznie na linii czarni–biali, ale też na linii czarni–Azjaci. To właśnie Azjaci najbardziej ucierpieli na skutek stosowania premii rasowej na wyższych uczelniach. Innym powiązanym efektem akcji afirmatywnej jest niepoważne traktowanie, na które jest się narażonym jako beneficjent programu. Ludzie często automatycznie zakładają, że dany pracownik czy student jest tam, gdzie jest, nie ze względu na swoje kompetencje i osiągnięcia, lecz decyzje polityczne. W ten sposób powstają nowe, quasi-rasistowskie stereotypy. Jak jednak te wszystkie problemy rozwiązać? Czy to w ogóle możliwe?

Polityka jako źródło cierpień

Jak twierdzi Paul Conkin, jeden z biografów Lyndona Johnsona, prezydent był święcie przekonany, że nie ma takiego problemu, na który nie znalazłaby się polityczna odpowiedź. Szczerze wierzył, że wypowiadając wojnę biedzie, zbawi amerykańskie mniejszości. Ten „polityczny imperializm” okazał się jednak źródłem cierpień dla ponad 40 mln czarnych obywateli.
Owszem, bolesnym faktem jest, że biali zadali Afroamerykanom mnóstwo bólu. Ale ta konstatacja nie może prowadzić nas w objęcia kolektywizmu, nakazującego wszystkich białych traktować dzisiaj jako winnych ciemiężenia niewolników, a czarnych – jako bezwolne ofiary. Taka postawa odbiera Afroamerykanom podmiotowość, a z białych czyni bogów, od których w 100 proc. zależy rozwój tych pierwszych. Dlatego, jak zauważa filozof Slavoj Žižek, lewicowa chęć zbawienia mniejszości sama w sobie jest rodzajem rasizmu.
Johnson i Kennedy nie mieli możliwości słuchać Žižka z powodów czysto chronologicznych, ale mogli zapoznać się z przemówieniami Fredericka Douglassa, czarnego abolicjonisty i eksniewolnika. W maju 1865 r. na wiecu Stowarzyszenia Przeciw Niewolnictwu Douglass apelował: „Pytają, co zrobić z czarnym? Mam tylko jedną odpowiedź. Nic z nami nie róbcie! To, co robiliście dotąd, wyłącznie nam szkodziło. Nic z nami nie róbcie! Wszystko, o co proszę, to szansa, by czarni stanęli na własnych nogach. Jeśli mieliby upaść, pozwólcie im na to!”. Douglass miał rację.
Najlepszą drogą do wyeliminowania rasistowskich postaw w społeczeństwie byłoby zagwarantowanie mniejszościom ślepej na kolor skóry równości wobec prawa. Czarni wielokrotnie udowadniali, że umieją sobie radzić nie gorzej niż biali. Czy zatem wolność i odpowiedzialność wystarczą? Czy to właściwa strategia poprawy bytu czarnej mniejszości i zwalczania rasizmu? Tak, ale z pewnym zastrzeżeniem.
Powróćmy do historii sprytnego inwestora J. Dallasa Bowsera. Jest ona słodka nie tylko dlatego, że zagrał on na nosie rasistom, lecz także dlatego, że wskazuje narzędzie, które może być pomocne w rozwiązaniu problemu. Chodzi o koszty, jakie na ludzi nakłada praktykowanie uprzedzeń rasowych. W czasach Bowsera takie postawy były tak silne, że niektórzy byli skłonni ponosić straty majątkowe. Dziś tylko garstka fanatyków wyznaje szczerze ideologiczny rasizm. Zazwyczaj nie są ani wpływowi, ani bogaci. W większości przypadków rasistowskie stereotypy są wynikiem zwykłej ignorancji i bezrefleksyjnego powtarzania obiegowych „prawd”, tudzież braku styczności z ludźmi, których dotyczą. Porzucenie ich nie ma więc tego samego ciężaru psychicznego, co przed wiekiem. Zwłaszcza że zdecydowana większość dyskryminujących nie zdaje sobie sprawy, że dyskryminacja jest kosztowna także dla nich samych. Wykluczanie mniejszości z rynku pracy albo spychanie ich do najprostszych zajęć może ochronić miejsce pracy Johna, ale obniży produktywność całej gospodarki. To oznacza, że w przyszłości powstanie mniej nowych miejsc pracy dla dzieci i znajomych Johna oraz ogółu obywateli. Do wolności i odpowiedzialności należy zatem dorzucić edukację, która uświadomi, że rasizm jest nie tylko obrzydliwą praktyką moralną, lecz także się nie opłaca. Ludzie to zrozumieją, bo w kapitalizmie język portfela, mimo że mało szlachetny, daje lepsze skutki niż kolejne wielkie programy polityczne i wyrazy dogłębnego oburzenia.
Joseph Schumpeter zauważał, że „kapitalizm jest sądzony przez ludzi, którzy wyrok śmierci mają przygotowany zawczasu”. Nie jest to sprawiedliwy wyrok. Wolnorynkowy kapitalizm, oparty na równym traktowaniu obywateli, w połączeniu z odpowiednią edukacją to jedyna skuteczna odtrutka na rasizm. Ale niestety, na pewno nie natychmiastowa.