Do instytucji kontrolowanych przez państwo płyną pieniądze klientów, ale kredytów nie przybywa. Nawet w trakcie pandemii trwa cięcie zatrudnienia.
Reklama
DGP
O ponad 30 mld zł wzrosła w II kwartale suma bilansowa dwóch największych krajowych banków – PKO BP i Pekao. Oba są kontrolowane przez państwo (w tym drugim dużymi udziałowcami są Powszechny Zakład Ubezpieczeń i Polski Fundusz Rozwoju). Zwiększenie skali działania to w głównej mierze efekt przyrostu depozytów – w obu bankach o niemal 33 mld zł.
Leszek Skiba, szef Pekao, wskazywał wczoraj, że duży przyrost depozytów świadczy o pozytywnym postrzeganiu jego instytucji przez klientów. Według niego Pekao jest „bezpieczną przystanią” dla osób, które chcą ulokować pieniądze. Przyrost środków klientów w Pekao przekroczył w II kwartale 17 mld zł, był o 1,4 mld zł większy niż w PKO, który jest największym graczem na naszym rynku depozytowym.
Dla Pekao przyrost depozytów jest istotny m.in. dlatego, że pozwala zyskać nieco przewagi nad trzecią instytucją na naszym rynku – Santander Bank Polska. Pod koniec 2018 r. Pekao stracił pozycję wicelidera na jego rzecz, gdy Santander wchłonął podstawową część działalności Deutsche Bank Polska. W końcu I kwartału był już z powrotem na drugim miejscu z minimalną przewagą. Trzy miesiące później urosła ona do niemal 14 mld zł.
Pandemia przyspiesza proces korzystania z kanałów zdalnych
Skok depozytów to jeden z efektów pandemii. Oszczędności w bankach zwiększali zarówno klienci indywidualni, jak i firmy. Ta druga grupa klientów została wprawdzie dotknięta spadkiem przychodów ze względu na zamrożenie gospodarki, ale niedługo potem trafiła do niej rządowa pomoc, której wartość przekracza 100 mld zł.

Pandemiczna niepewność

Ta pomoc jest dla bankowców wygodnym tłumaczeniem towarzyszącego wzrostowi depozytów spadku portfela kredytowego. W PKO BP wartość portfela zmniejszyła się w II kwartale o prawie 6 mld zł. W Pekao, choć przedstawiciele zarządu mówili o wzroście sprzedaży, był spadek należności od klientów o niemal 2 mld zł.
– Widzimy dość ograniczony popyt na kredyt po stronie przedsiębiorstw. Firmy dostały pieniądze z subwencji, np. z PFR, a z drugiej strony operują w warunkach dużej niepewności na rynku. Jak jest niepewność, to nie podejmują chętnie żadnych wyzwań inwestycyjnych. Część firm, która miała dość duże zapasy gotówki na swoich rachunkach, postanowiła te zapasy przeznaczyć na spłatę kredytów. Firmy w tej chwili raczej optymalizują sposób zarządzania finansami, niż występują o nowe kredyty. Taka jest też projekcja rozwoju rynku kredytów na rok 2020 i następny – tłumaczył dziennikarzom Rafał Kozłowski, wiceprezes PKO BP.
– Spadek popytu na kredyt, zwłaszcza wśród przedsiębiorców, na pewno jest związany z sytuacją pandemiczną. Staramy się również, aby nasi klienci nie byli przekredytowani. Jesteśmy np. bardziej konserwatywni niż nasi główni konkurenci, gdy idzie o średni rozmiar pożyczki gotówkowej – wyjaśniał z kolei Tomasz Kubiak, odpowiedzialny za finanse w zarządzie Pekao.
Bankowcy zapewniają jednak, że w lipcu zainteresowanie klientów produktami kredytowymi (chodzi również o leasing czy faktoring) było już większe. To będzie jednak widać dopiero w sprawozdaniach za III kwartał publikowanych w listopadzie.

Dzieją się cięcia

Oba państwowe banki miały w II kwartale – obejmującym zamrożenie gospodarki – wyniki lepsze od oczekiwań. PKO BP zarobił 804 mln zł, o jedną trzecią mniej niż rok wcześniej, ale też niemal 60 proc. więcej niż w poprzednich trzech miesiącach, kiedy utworzył dużą rezerwę na ryzyko związane z COVID-19. W Pekao zysk wyniósł prawie 360 mln zł, o 38 proc. mniej niż rok wcześniej i o ponad 90 proc. więcej niż w I kwartale.
Finansiści nie ukrywają, że w kolejnych okresach w wyniki uderzą obniżki stóp procentowych dokonane po wybuchu pandemii przez Radę Polityki Pieniężnej. RPP zmniejszyła główną stopę o 1,4 pkt. proc., do 0,1 proc. Przychody spadną, trzeba więc liczyć się z cięciem kosztów, a więc liczby placówek i zatrudnienia. Oba kontrolowane przez państwo banki nawet w trakcie pandemii cięły etaty. W PKO w ciągu trzech miesięcy ubyło ich prawie 400 (a uwzględniając spółki zależne – prawie 500). W największym polskim banku tak dużych redukcji nie było od siedmiu lat.
– To nie PKO Bank Polski podejmuje decyzje co do zamykania oddziałów. Te decyzje podejmują klienci. Oni decydują o tym, czy chcą odwiedzać placówkę PKO. Pandemia przyspiesza proces cyfryzacji, proces korzystania klientów z kanałów zdalnych. Jeżeli oni nie przychodzą do placówek, to naszą odpowiedzialnością jako menedżerów jest dostosowanie zasobów, żeby były efektywnie wykorzystywane. I to się dzieje – opowiadał Zbigniew Jagiełło, prezes PKO.
– Nie planujemy żadnych gwałtownych ruchów, żeby dostosowywać się do oczekiwań, które są mniej więcej takie, żeby wynik roku 2020 był taki sam jak w roku 2019. To jest po prostu niemożliwe. Skala spadku przychodów banków związana z obniżką stóp procentowych – 140 punktów bazowych: takiej obniżki nie było w nowożytnej historii Polski – jest tak duża, że żaden bank nie jest w stanie tego zrekompensować, obojętnie czym. A do tego dochodzą koszty rezerw na kredyty – stwierdził Jagiełło.
W drugim z dużych państwowych banków zwolnienia grupowe zapowiedziano niedługo przed tym, jak koronawirus dotarł do Polski. Pracę miało stracić do 1,2 tys. osób. Po zamrożeniu gospodarki zarząd zadeklarował, że wstrzymuje proces zwolnień, jednak w II kwartale zatrudnienie spadło o 213 osób. W związku z trwającym stanem epidemii, w ramach procesu zwolnień grupowych w okresie od marca do czerwca z banku odchodziły przede wszystkim osoby, które samodzielnie zgłosiły wolę rozwiązania umowy – poinformowało nas biuro prasowe Pekao.