Chciałbym się państwu przyznać do herezji: od dawna uważałem tezę klasyka europejskiej socjologii Maksa Webera o szczególnej roli etyki protestanckiej w rozwoju gospodarczym kapitalistycznego świata za naciąganą. Teraz pojawiły się na to nowe dowody.
Reklama
Dziennik Gazeta Prawna
Znalazły się one w pracy ekonomistów Felixa Kerstinga i Iris Wohnsiedler, napisanej pod kierunkiem Nikolausa Wolfa, szefa Katedry Historii Gospodarczej na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Autorzy próbują sprawdzić, ile prawdy jest w słynnym przekonaniu, że to duch protestantyzmu zrodził u wyznawców „ascetyczny przymus oszczędzania”.
To zaś przyczyniło się do stworzenia etyki pracy, która pomogła zbudować kapitalizm. Według Webera protestancka miłość do Biblii przelała się też na miłość do czytania w ogóle, co uczyniło z reformacji ruch na rzecz alfabetyzacji mas.
W efekcie podniósł się poziom wykształcenia i innowacyjności w krajach, które przeciwstawiły się ciemnocie. W domyśle: ciemnocie katolickiej. Tak w zarysach wygląda weberowska linia argumentacyjna.
Współcześni badacze postanowili przetestować tezę Webera w jego własnym historycznym i geograficznym otoczeniu. Zbadali więc poziom oszczędności w różnych częściach Cesarstwa Niemiec z początków XX w. Czyli kraju, w którym protestanci i katolicy byli (i w dużej mierze są tam nadal) niemal tak samo liczni. Próba znalezienia dowodów na szczególną ascetyczność mieszkańców protestanckich prowincji nie zakończyła się jednak sukcesem. Wprawdzie stopa oszczędności w Brandenburgii, Dolnej Saksonii czy na Dolnym Śląsku – gdzie protestanci stanowili wtedy ponad 75 proc. populacji – była faktycznie wysoka, ale równie duże fundusze akumulowali poddani Hohenzollernów w Nadrenii Północnej-Westfalii czy Palatynacie, gdzie stanowili mniej niż jedną czwartą ludności. Podobne wyniki przynosi próba udowodnienia tezy o związku protestantyzmu z wyższym poziomem alfabetyzacji. Także w tym przypadku żadnej wyraźnej korelacji nie znajdziemy.
Teza Webera trzyma się natomiast w takich rejonach jak ziemie polskie, które znalazły się pod panowaniem pruskim w trakcie zaborów – w Wielkopolsce, na Pomorzu czy na Górnym Śląsku. Czyli wszędzie tam, gdzie żyło wielu katolików – tu faktycznie oszczędności było mało, a poziom wykształcenia był gorszy. Kersting i Wohnsiedler argumentują jednak, że to wcale nie z powodu wyższości protestantyzmu nad katolicyzmem, tylko dlatego, że od końca XIX w. władze pruskie prowadziły zorganizowaną politykę dyskryminacji narodowej i religijnej.
To czasy preferowania niemieckich protestantów nad polskimi katolikami w większości kluczowych dziedzin życia publicznego: edukacji, dostępu do stanowisk w aparacie państwowym czy podziału ziem uprawnych. Trudno się więc dziwić – piszą ekonomiści – że w tej sytuacji protestanci byli górą. Ich zdaniem tezę Webera trzeba więc traktować w kontekście ówczesnego niemieckiego nacjonalizmu. Zwłaszcza że sam Weber nie ukrywał swoich nacjonalistycznych sympatii, których wyrazem był choćby jego uniwersytecki wykład inauguracyjny z 1895 r. „O państwie narodowym i gospodarce ludowej”. Słynny socjolog tłumaczył w nim, że różne położenie ekonomiczne Niemców i Polaków ma swoje podłoże w różnicach rasowych. Aktywnie wspierał też niemiecką aktywność osadniczą i kolonizacyjną na ziemiach wschodnich.
Wprawdzie stopa oszczędności w Brandenburgii, Dolnej Saksonii czy na Dolnym Śląsku – gdzie protestanci stanowili wtedy ponad 75 proc. populacji – była faktycznie wysoka, ale równie duże fundusze akumulowali poddani Hohenzollernów w Nadrenii Północnej-Westfalii czy Palatynacie, gdzie stanowili mniej niż jedną czwartą ludności