Pandemia COVID-19 spowodowała duże zawirowania w sektorze finansowym. Wprowadzone dla dobra klientów rozwiązania niespodziewanie uderzyły rykoszetem w banki i instytucje pożyczkowe. Krytykowany od dawna model podatku bankowego jeszcze bardziej skomplikował sytuację w czasie, gdy trzykrotnemu obniżeniu uległy stopy procentowe. Bezwzględne standardy rachunkowości postawiły instytucje finansowe przed koniecznością podejmowania działań, których rezultaty trudno dziś przewidzieć. W czasie realizacji wielkich tarcz antykryzysowych sektor bankowy został też w pewnym stopniu zepchnięty przez państwo do roli instytucji obsługującej programy rządowe i świadczących cyfrowe usługi dla administracji publicznej.

Jak w tej sytuacji wygląda podstawowa działalność banków, czyli zarabianie pieniędzy? Czy nowa sytuacja nie zagraża rynkowemu mechanizmowi alokacji kapitału, który ma zasadnicze znaczenie dla zdrowej gospodarki? I jakie znajduje to odbicie w księgach rachunkowych instytucji finansowych? Odpowiedziom na te i wiele innych pytań poświęcona była debata prowadzona przez Marka Tejchmana, zastępcę redaktora naczelnego Dziennika Gazety Prawnej.

Nie niszczyć rynku

‒ Co jest dziś wartością w banku i w jaki sposób powinniśmy dostosowywać otoczenie finansowe do tego, by budować zdrową sytuację rynkową, w której instytucje będą mogły zarabiać, klienci będą mieli dostęp do pieniędzy, a system będzie działał na zasadach rynkowych? – brzmiało pytanie postawione przez red. Tejchmana.

Agnieszka Kłos, prezes zarządu Provident Polska

Część naszych klientów z powodu pandemii nie mogła wykonywać swojej pracy i zwróciła się do nas po pomoc. Jednak kwestie regulacyjne spowodowały, że część z nich nie mogła uzyskać pożyczek

Tadeusz de Ville, dyrektor w sektorze usług finansowych w KPMG w Polsce

Obecnie pieniądze w bankach są bardziej bezpieczne, a skutki finansowe koronakryzysu będą łagodniejsze, niż gdyby zdarzył się on w 2008 r. Nie oznacza to jednak, że sytuacja jest opanowana

Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu banku PKO BP

Zaufanie do banków polega też na tym, że w świecie niskich stóp procentowych co prawda nie można na nich zarabiać, ale przynajmniej ulokowane w banku pieniądze są bezpieczne

Prof. Leszek Pawłowicz, ekspert EKF, wiceprezes zarządu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową

W mechanizmie alokacji kapitału w Polsce banki odgrywają kluczową rolę, o wiele większą niż w innych krajach

‒ W momencie gdy coś budujemy od nowa lub wychodzimy z kryzysu, trzeba na to patrzeć w perspektywie dłuższej niż rok czy dwa lata. Gdy zastanawiamy się nad różnymi instrumentami, warto przede wszystkim uważać, by nie zniszczyć rynkowego mechanizmu alokacji kapitału. Kapitalizacja rynku kapitałowego w Polsce wynosi tylko 26 proc. PKB, w Unii Europejskiej – 52 proc., a w Stanach Zjednoczonych 150 proc. Dlatego w mechanizmie alokacji kapitału w Polsce banki odgrywają kluczową rolę, o wiele większą niż w innych krajach – stwierdził prof. Leszek Pawłowicz.

Jego zdaniem mechanizm ten można zniszczyć na wiele sposobów, m.in. doprowadzając do sytuacji, gdy stopa zwrotu z zainwestowanego kapitału będzie tak niska, że nikomu nie będzie się opłacało inwestować w akcje banków. Być może podatnicy zostaną do tego w jakiś sposób zmuszeni, ale w dłuższym okresie może to spowodować, że mechanizm gospodarki rynkowej nie będzie się kręcił tak, jak powinien.

Jest wzrost, ale czy zdrowy?

Relacja banku z klientem opiera się na zaufaniu i ochronie kapitału. Jak mechanizmy pomocowe wpływają na bilanse instytucji finansowych i jak banki powinny w tej sytuacji zarządzać ryzykiem, by zachować budowaną przez wiele lat relację z klientami? – brzmiało pytanie skierowane do prezesa zarządu PKO BP.

Zdaniem Zbigniewa Jagiełły wpływ interwencji rządowych na księgi banków jest dotąd pozytywny.

‒ W PKO BP suma bilansowa z 348 mld zł pod koniec ub.r. wzrosła do 365 mld zł w ciągu kwartału. Przy takim wzroście na koniec roku będziemy mieli 380‒400 mld zł aktywów. To jest dość szaleńcze tempo, ale wszyscy inni też rosną jak na drożdżach. Czy ten wzrost jest zdrowy? Ważne, by nie spowodował on deformacji, które mogą zniszczyć jedną czy drugą instytucję i spowodować chaos na rynku – mówił prezes PKO BP.

Jak twierdzi Zbigniew Jagiełło, również wskaźnik relacji kredytów do depozytów jest obecnie na dobrym poziomie, gdyż wolumen depozytów jest większy. ‒ Nie musimy pożyczać pieniędzy z zewnątrz, co było praprzyczyną kryzysu związanego z kredytami frankowymi. Zaufanie do banków polega też na tym, że w świecie niskich stóp procentowych co prawda nie można na nich zarabiać, ale przynajmniej ulokowane w banku pieniądze są bezpieczne – dodał Jagiełło.

Prezes PKO BP skrytykował konstrukcję podatku od aktywów bankowych. Łącznie ze składką na Bankowy Fundusz Gwarancyjny powoduje on, że z punktu widzenia banków w Polsce jest ujemna realna stopa procentowa, co może powodować problemy z wyceną relacji z klientem. Podatek obciąża m.in. koszt kredytu o 0,44 pkt proc., przy czym im niższe są stopy procentowe, tym wpływ tego podatku na kredytowanie jest większy. Zdaniem Zbigniewa Jagiełły państwo może zrealizować swój cel fiskalny za pomocą innych instrumentów, nieprowadzących do deformacji struktury aktywów w bankach.

Regulacje uderzają rykoszetem

Instytucjami, które dotknęły zawirowania finansowe związane z koronakryzysem, są nie tylko banki, lecz także firmy pożyczkowe. Jak radzą sobie w sytuacji spadku konsumpcji i wzrostu bezrobocia oraz jaki wpływ na ich biznes mają regulacje?

‒ Pandemia w pierwszym okresie oznaczała duże zawirowania, co mogło spowodować, że wpływ tych zdarzeń na księgi byłby ogromny. Wszyscy, którzy interesują się międzynarodowymi standardami rachunkowości, wiedzą, że brak wpłat oznacza natychmiastowe rozpoznanie utraty długu od klientów oraz konieczność tworzenia dużych rezerw. Nam zależy, by standing finansowy naszych klientów był dobry. Dlatego zachęciliśmy bardzo duże grono do skorzystania z wakacji kredytowych. Nasz produkt ma je wbudowane. Natomiast dla tych, którzy chcieli kontynuować spłaty, przygotowaliśmy wiele opcji elektronicznych, m.in. przez sieci handlowe – mówiła prezes zarządu Provident SA.

Zdaniem Agnieszki Kłos regulacje spowodowały jednak duże ograniczenie akcji kredytowej Providenta. Pierwsza wersja tarczy antykryzysowej wprowadziła bowiem drastyczne obniżenie limitu na koszty pozaodsetkowe, do jednej trzeciej poprzedniego poziomu. Z tego też powodu dostępność kapitału dla firm pożyczkowych znacząco się zmniejszyła. Regulacja, która miała dobre intencje – obniżyć koszt finansowania dla Polaków – spowodowała, że akcja kredytowa w sektorze firm pożyczkowych spadła do 35 proc. poziomu sprzed roku.

‒ Część naszych klientów z powodu pandemii nie mogła wykonywać swojej pracy i zwrócili się do nas po pomoc. Jednak kwestie regulacyjne spowodowały, że część z nich nie mogła uzyskać pożyczek. W tym momencie staramy się przede wszystkim zabezpieczyć tych klientów, którzy są z nami długo – mówiła Agnieszka Kłos.

Sytuacja lepsza niż 12 lat temu

‒ W jakiej kondycji sektor wchodził w kryzys, a jaka jest ona teraz? – o audyt obecnej sytuacji red. Marek Tejchman poprosił Tadeusza de Ville.

‒ COVID-19 był zderzeniem ze ścianą; jechaliśmy rozpędzonym samochodem, Polska nawet szybciej niż inne kraje europejskie. I nagle zdarzyło się coś nieprzewidywalnego, czyli kryzys gospodarczy spowodowany zdarzeniem niefinansowym. Na szczęście od kryzysu finansowego w 2008 r. sporo się zmieniło i regulatorzy nadzorujący sektor bankowy zdali egzamin – stwierdził dyrektor w KPMG.

Tadeusz de Ville przytoczył wyniki badania 127 banków z państw UE, które posiadają 85 proc. wszystkich aktywów bankowych w Unii (z Polski udział wzięły w nim PKO BP i Pekao). Obecnie są one w o wiele lepszej kondycji niż w 2008 r. Wskaźnik kapitału podstawowego dla badanych banków wynosi prawie 15 proc., a dla polskich o 1 pkt proc. więcej. Żaden z badanych banków nie miał niższego poziomu niż 11 proc. NPL, czyli kredyty niepracujące (zagrożone) wróciły do stanu sprzed kryzysu 2008 r. – 2,7 proc. W Polsce wynosi on 4,7 proc., co też jest rekordowo niskim poziomem, a na korzyść naszych banków świadczyto, że pokrycie NPL odpisami – 61 proc. ‒ jest wyższe niż średnia w UE – 45 proc.

Zdaniem Tadeusza de Ville dane te świadczą, że obecnie pieniądze w bankach są bardziej bezpieczne, a skutki finansowe koronakryzysu będą łagodniejsze, niż gdyby zdarzył się on w 2008 r. Nie oznacza to jednak, że sytuacja jest opanowana.

Solidarni regulatorzy

‒ To, co się zdarzyło w marcu 2020 r., spowodowało panikę również na rynkach finansowych, by wspomnieć tylko kolejki przed bankomatami. Regulatorzy również przez moment zastanawiali się, jak do tego podejść. W standardzie rachunkowym jest przepis mówiący, że jeżeli robi się restrukturyzację pasywów, to najprawdopodobniej świadczy to o dużym wzroście ryzyka kredytowego. W związku z tym należałoby taki kredyt przeklasyfikować do wyższej grupy ryzyka i automatycznie objąć wyższym odpisem. Gdyby ten przepis zastosować bezpośrednio do sytuacji, którą teraz mamy, okazałoby się, że gross firm zdrowych, które korzystają z moratorium kredytowego, by zapewnić sobie dodatkową płynność, jest klasyfikowana do wyższej grupy ryzyka, a jednocześnie banki muszą tworzyć wyższe odpisy – mówił Tadeusz de Ville.

Jego zdaniem reakcja na tę sytuację europejskich regulatorów, polskiej Komisji Nadzoru Finansowego oraz instytucji, które stanowią standardy rachunkowe, była na szczęście jednomyślna, solidarna i bardzo rozsądna. Zrezygnowano bowiem z „automatycznego” klasyfikowania na rzecz obserwowania i reagowania w zależności od sytuacji. Chodziło o to, by oddzielić rzeczywiste ryzyko kredytowe od tego, które jeszcze się nie zmaterializowało.

‒ To, co się dzieje w Polsce, nie jest odosobnione. Gdybyśmy nie realizowali programów pomocowych, nie zachowywalibyśmy się racjonalnie. Od strony ściśle regulacyjnej i rachunkowej wydaje mi się, że spraw wymagających gruntownej zmiany nie ma. Teraz raczej próbuje się dostosować standard do obecnej sytuacji, odpowiednio go interpretując – dodał dyrektor w sektorze usług finansowych w KPMG.

Nie popadać w samozadowolenie

Uczestnicy debaty zgodzili się, że pewna część sektora bankowego ma od lat problemy z rentownością i konieczne będzie podjęcie decyzji w sprawie banków zombi, które funkcjonują z niedoborem kapitału. Nie jest to jednak pora na konsolidację sektora, gdyż lepiej pieniądze obecnie zainwestować w rozbudowę usług cyfrowych, których zasięg w czasie pandemii znacznie wzrósł, również wśród tzw. tradycyjnych klientów. W nowej sytuacji trzeba jednak działać rozważnie, gdyż skutki międzynarodowych standardów rachunkowości są nieubłagane i jeżeli sytuacja zostanie błędnie oszacowana, wymagane rezerwy mogą być bardzo duże.

Profesor Pawłowicz ostrzegł też przed zbytnim samozadowoleniem. Jego zdaniem ryzyko popełnienia błędów np. w sprawie frankowiczów jest bardzo duże, przewidywanie przyszłości trudne, a opinie ekspertów dotyczące dłuższej perspektywy skrajnie odmienne. System bankowy jest co prawda lepiej skapitalizowany, jednak rozbieżność pomiędzy krótkimi depozytami a długimi kredytami mieszkaniowymi, nieprzemyślany podatek bankowy, tempo kredytowania państwa dwa razy wyższe niż gospodarki i ludzi czy odpływ pieniędzy z depozytów to zjawiska, które mogą przynieść groźne skutki w dłuższym okresie.