Branża podnosi alarm, wielu ekspertów przestrzega, że likwidacja wielkotowarowych gospodarstw powstałych na gruntach Skarbu Państwa doprowadzi do widocznych zmian w strukturze agrarnej i osłabienia konkurencyjności rolnictwa. Oznaczać będzie zwolnienia, zaprzestanie produkcji, co odbije się na wpływach do budżetów gmin i powiatów. Stracą szczególnie te regiony, gdzie takie gospodarstwa są jedynym dużym pracodawcą. Odbije się to także na zaopatrzeniu i eksporcie, bo dzierżawcy gruntów należących do Skarbu Państwa należą też do największych producentów żywności w kraju. Gdy ich zabraknie, mogą pojawić się kłopoty z dostawami dla przemysłu spożywczego. Mniejsze gospodarstwa nie będą w stanie od razu wypełnić powstałej luki.

Jakie mogą być ekonomiczne skutki poważnej zmiany w polskim rolnictwie, jaką może być wyeliminowanie z rynku części wielkoobszarowych gospodarstw rolnych? – zapytaliśmy przedstawicieli branży, resort rolnictwa, organizacje zrzeszające rolników oraz ekspertów zajmujących się tematyką rolną.

Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi za fałszywą uznał tezę, zgodnie z którą już niedługo ubywać będzie dużych gospodarstw rolnych. – W Polsce potencjał produkcji rolnej jest bardzo duży i jest miejsce dla wszystkich rodzajów gospodarstw – podkreślił. Nie krył jednak, że promowany jest rozwój gospodarstw rodzinnych. – Stawianie na gospodarstwa indywidualne, rodzinne nie jest czymś nowym, bo zostało to zapisane w Konstytucji RP – stwierdził.

Likwidować czy wspierać?

Dlaczego więc istnieje 41 rolniczych spółek Skarbu Państwa? – Racjonalne byłoby utrzymanie tylko tych, które pełnią ważną rolę w zakresie postępu hodowlanego czy nasiennego – argumentował Mariusz Olejnik, prezes Federacji Związków Pracodawców-Dzierżawców i Właścicieli Rolnych. – Pozostawienie państwowych spółek typowo produkcyjnych, czy łączenie spółek hodowlanych z gospodarstwami przejętymi od dzierżawców nie powinno mieć miejsca – powiedział. Jako przykład przytoczył planowane utworzenia państwowego 5-tys. ha gospodarstwa przez połączenie Stadniny Koni Prudnik, Ośrodka Hodowli Zarodowej Głogówek i spółki Widawa. – Takie działanie osłabia same spółki hodowlane, np. znaczne zwiększenie areału zmniejsza wielkość dopłat bezpośrednich do gospodarstwa. Powracające do zasobu Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa grunty uprawiane dotychczas przez dzierżawców nie zostaną rozdysponowane w przetargach dla rolników indywidualnych – powiedział Olejnik.

– Trzeba zatrzymać proces likwidacji wielkoobszarowych gospodarstw i w ramach nowego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (PROW) wspierać ich rozwój – mówił Mariusz Olejnik. Jego zdaniem należy przemodelować programy inwestycyjne w ramach PROW, tak, by dać znacznie większe dofinansowanie do współużytkowania maszyn czy dla grup producentów rolnych. Jeżeli np. grupa producentów rolnych miałaby dofinansowanie inwestycyjne w wysokości 60 proc., a rolnik indywidualny tylko 30 proc., to wtedy bardziej mobilizowałoby rolników do zawiązania grupy.

W Polsce potencjał produkcji rolnej jest bardzo duży i jest miejsce dla wszystkich rodzajów gospodarstw

Prezes Federacji Związków Pracodawców-Dzierżawców i Właścicieli Rolnych podkreślił, że grup producentów jest coraz mniej od czasu, kiedy wyeliminowano wsparcie dla tych grup, których członkiem był producent rolny będący osobą prawną. – Dlaczego? Właśnie dlatego, że wśród członków nie ma lidera, nie ma doświadczenia biznesowego, księgowości, obsługi prawnej – którą zapewniały wcześniej spółki czy rolnicze spółdzielnie produkcyjne. Dlatego należy to zmienić i ponownie dać możliwość tworzenia grup producenckich, również przez osoby prawne – stwierdził. – Jestem też przekonany, że mimo planowanego mniejszego unijnego budżetu na rolnictwo, możemy osiągnąć jeszcze lepsze efekty. Należy jednak zracjonalizować PROW, koniecznie powiązać płatności z produkcją rolniczą, wspierać gospodarstwa perspektywiczne. Bezwzględnie trzeba też oddzielić funkcje gospodarcze od socjalnych – podkreślał Mariusz Olejnik.

Straty lokalne

Eksperci zwracają uwagę, że konsekwencje znikania z rynku wielkich gospodarstw mogą ponieść budżety gmin i powiatów i lokalne społeczności.

– Dla budżetów gmin i powiatów nic się w tym względzie nie zmieni. Nikt nie zamyka dużych gospodarstw, a rolnicy – mali czy duzi – dalej będą płacić podatek rolny – odpierał ten argument Jan Krzysztof Ardanowski. Poparł go Grzegorz Cymiński, dyrektora biura Rady Krajowej NSZZ RI „Solidarność” zaznaczając, że wszystkie gospodarstwa płacą do samorządów gminnych taki sam podatek rolny uzależniony od bonitacji ziemi. – Tworzenie gospodarstw rodzinnych, prowadzona w nich produkcja i przetwarzanie żywności, skutkują więc wzrostem dochodów gmin – podkreślił.

Polskie rolnictwo powinno być odideologizowane. Do głosu musi w końcu dojść głos ekspertów, świata nauki, a nie wyłącznie działaczy politycznych

Joanna Warecha, działaczka społeczna i dziennikarka, zauważyła jednak, że odbierana ziemia jest dzielona na działki 10-, 15-, 30-hektarowe, wystawiana do przetargu, a przyszłego nabywcę zwalnia się z płacenia podatku rolnego. – Odpowiedź jest więc oczywista. Taka sytuacja doprowadzi wiele gmin do bardzo dużych problemów finansowych. Zwłaszcza tych gmin, gdzie podatek rolny płacony przez duże gospodarstwo, które w przyszłości zostanie zlikwidowane, stanowi dużą część jej wpływów – uważa Joanna Warecha.

Grzegorz Wysocki, przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Rolnictwa w RP zaznaczył, że w wielu przypadkach przedsiębiorstwa rolne są największymi pracodawcami w gminie lub nawet w powiecie. Dlatego, jak wyliczył, lokalne samorządy stracą nie tylko dochody z podatków, ale po zwolnieniu pracowników na skutek likwidacji dużych gospodarstw nie będą też odprowadzane składki na ZUS, Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych i Fundusz Pracy. – Zabranie ziemi gospodarstwom spowoduje więc identyczne skutki gospodarcze, jak na początku lat 90. ubiegłego wieku. Znowu państwo poprzez swoje działania doprowadzi do degradacji środowiska skupionego wokół tych spółek – dodał Grzegorz Wysocki, podkreślając, że lokalna społeczność straci hojnego mecenasa.

To gospodarstwa rodzinne są głównymi dostawcami zdrowej żywności do przetwórców i na rynki lokalne. Produkty z dużych gospodarstw często budzą zastrzeżenia konsumentów

– Osoby zarządzające gospodarstwami towarowymi mają pełną świadomość społecznej odpowiedzialności biznesu. Przedsiębiorstwa te ze względu na miejsce prowadzonej działalności to często jedyny duży pracodawca w okolicy. Działają na rzecz lokalnej społeczności poprzez wsparcie szeregu instytucji, tj. domów kultury, szkół i przedszkoli, klubów sportowych, jednostek Ochotniczej Straży Pożarnej. Przeznaczają pieniądze na poprawę infrastruktury czy ochronę środowiska. Jest to możliwe dzięki dobrym wynikom ekonomicznym – dodał Arkadiusz Gasidło, kierownik działu agrotechniki w spółce Bielmar.

Jego zdaniem, gdy zniknie pomoc dla lokalnych instytucji, pojawią się oczekiwania, aby dotychczasowe komercyjne wsparcie społeczności lokalnej przejęły samorządy. – Biorąc pod uwagę dochody gospodarstw indywidualnych, których budżet często w sporym stopniu opiera się na dopłatach, a właściciele dodatkowo wykonują prace pozarolnicze, trudno spodziewać się, aby to właśnie oni przejęli funkcję wsparcia lokalnej społeczności – stwierdził Arkadiusz Gasidło.

– Duże gospodarstwa przejmują na własne barki niedociągnięcia systemowe państwa. Te gospodarstwa edukują, wspierają potrzebujących, są miejscem pracy dla tysięcy ludzi. To one powodują, że mniejsze gospodarstwa nie muszą się zadłużać, ponieważ istnieją kooperatywy, choćby świadczenia usług. Mało tego jest wiele przykładów, że właściciele mniejszych gospodarstw pracują też w dużych gospodarstwach, ich dzieci korzystają z programów stypendialnych oferowanych przez takie gospodarstwa – przekonywała Joanna Warecha.

Linia podziału

A jak sytuację postrzegają dzierżawcy, którzy zwrócili część ziemi do Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa? Sygnalizują, że podział działek budzi konflikty wśród okolicznych rolników. Ten, który mógłby dzierżawić ziemię sąsiadującą z jego gospodarstwem przegrywa, bo np. ma mniej inwentarza, od tego, który będzie musiał 10 km dojeżdżać do swojego pola. Przy podziale nie decyduje więc zdrowy rozsądek. – To sprawia, że grunty, które zwróciłem, wciąż leżą niezagospodarowane, bo ci, którzy stanęli do przetargu, odwołują się od decyzji – podkreślał jeden z dzierżawców, który nie chciał ujawniać imienia i nazwiska.

Przerwanie łańcucha dostaw spowoduje czasowe problemy w sektorze rolno-przetwórczym, straci sektor usług rolniczych, a później i sami właściciele gospodarstw indywidualnych

Jego zdaniem ustawa z 2011 r. o gospodarowaniu nieruchomościami rolnymi Skarbu Państwa była wbrew prawu i obowiązującym wcześniej decyzjom. – Nie zmienia się reguł gry w trakcie jej trwania. Mając produkcję zwierzęcą, nie można tak po prostu zmienić struktury gospodarstwa, przez wyłączenie części ziemi. W rolnictwie trzeba planować na lata do przodu, a kredyty, które wzięliśmy 20-30 lat temu na dzierżawę, same się nie spłacają. Oddanie prawie jednej trzeciej gospodarstwa to nie kwestia dobrej czy złej woli, tylko rachunek, w którym wydatki muszą się zgadzać z przychodami – podkreślił.

Konsekwencje dla przemysłu

Eksperci zwracają uwagę, że duże gospodarstwa rolne odgrywają też znaczącą rolę w zaopatrywaniu kraju w produkty rolno-spożywcze, zapewniając bezpieczeństwo żywnościowe. Stawiają bowiem nie tylko na wykwalifikowaną kadrę pracowniczą posiadającą odpowiednie kompetencje, ale wprowadzają do produkcji innowacyjne rozwiązania i nowoczesne technologie, jak również współpracują z instytucjami naukowymi. Nieustanne unowocześnianie pozwala na uzyskanie nie tylko satysfakcjonujących dochodów, ale i umacnianie ich konkurencyjności.

Trzeba zatrzymać proces likwidacji wielkoobszarowych gospodarstw i w ramach nowego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich wspierać ich rozwój

– Dla przetwórstwa rolno-spożywczego, gospodarstwa wysokotowarowe to partner biznesowy, który gwarantuje produkcję oraz dostawy znacznych i powtarzalnych ilości płodów rolnych. Co bardzo istotne, o wysokiej i jednolitej jakości, to z kolei pozwala na spełnienie wymogów stawianych przez przepisy prawne oraz certyfikowane systemy zarządzania bezpieczeństwem jakości żywności, ale również pasz – ocenił Arkadiusz Gasidło. Podkreślił, że prowadzenie w pełni transparentnego procesu produkcyjnego z zachowaniem idei bezpieczeństwa żywności „od pola do stołu”, pozwala na identyfikację poszczególnych jego uczestników na każdym etapie wytwarzania produktu. Działania te są odpowiedzią na oczekiwania współczesnych konsumentów oraz gwarancją, że finalny odbiorca otrzyma pełnowartościowy i bezpieczny produkt.

Istnieje więc ryzyko, że gdy zabraknie znaczących producentów, mogą pojawić się problemy z zaopatrzeniem. Szacuje się przecież, że na skutek nieprzedłużania dzierżawy z rynku zniknie przynajmniej 15 proc. z 400 przedsiębiorstw rolnych, z których każde gospodaruje na ponad 1 tys. ha. Małe gospodarstwa nie od razu będą w stanie przejąć zaopatrzenie dużych zakładów produkcyjnych, głównie ze względu na skalę swojego działania.

Atutem gospodarstw wysokotowarowych jest możliwość przechowania surowców. W większości posiadają one nowoczesne bazy magazynowe

– Przerwanie łańcucha dostaw spowoduje czasowe problemy w sektorze rolno-przetwórczym, straci sektor usług rolniczych, a później i sami właściciele gospodarstw indywidualnych, którzy przejmą dzierżawy. Możliwa jest również degradacja gruntów spowodowana brakiem utrzymania odpowiedniej kultury agrarnej. Już teraz pojawiają się informacje o odłogowaniu gruntów przejmowanych wyłącznie ze względu na dopłaty bezpośrednie – stwierdził Grzegorz Wysocki.

W jego ocenie aktualnie duże, nowoczesne spółki rolne wygrywają konkurencję z indywidualnymi gospodarstwami rolnymi. Mają niższe koszty produkcji wynikające m.in. ze skali działania coraz ciągłych inwestycji w sprzęt i technologie.

– Długofalowym skutkiem będzie wzrost cen surowca, a co za tym idzie wzrost cen produktów dla konsumentów. W takich przypadkach rynek będzie się regulował bardzo długo, ponieważ duże spółki rolne produkują około 10 proc. surowców potrzebnych w przemyśle rolniczym – wyliczał Grzegorz Wysocki.

– Atutem gospodarstw wysokotowarowych jest możliwość przechowania surowców. W większości posiadają one nowoczesne bazy magazynowe. Dają one możliwość bezpiecznego przechowania płodów przez kilka miesięcy po zbiorach. Z przykrością stwierdzam, że niewielkie gospodarstwa indywidualne w większości nie posiadają takich możliwości lub nie podejmują się przechowania płodów, mając obawy związane z zachowaniem parametrów surowca – ocenił Arkadiusz Gasidło.

Podkreślił, że z punktu widzenia firm przetwórstwa spożywczego, współpraca z gospodarstwem wysokotowarowym to korzyści w postaci możliwości pozyskania wysokiej jakości surowca, dużej partii towaru, ograniczenia kosztu jego pozyskania, gwarancji powtarzalności wielkości produkcji co sezon czy wreszcie zabezpieczenie ceny zakupu.

– Jeżeli dojdzie do likwidacji gospodarstw wielkotowarowych, odbędzie się to z znaczną szkodą dla naszego rolnictwa oraz przetwórstwa spożywczego. Obawiam się, że będziemy zmuszeni mierzyć się z zachwianiem w krajowym łańcuchu dostaw surowców do przetwórstwa. Będzie się to tyczyło dostępnych ilości produktów rolnych, cen, jak również niekorzystnie może się to odbić na jakości. Należy zakładać, że w przypadku likwidacji gospodarstw wysokotowarowych luki po ich produkcji z dnia na dzień nie są w stanie wypełnić wyłącznie gospodarstwa indywidualne – stwierdził Gasidło, wyrażając żal, że może zostać zaprzepaszczony wieloletni dorobek gospodarstw wielkotowarowych.

Mariusz Olejnik, pytał po co burzyć wypracowane relacje z zakładami przetwórczymi? Szczególnie, że był to długofalowy proces, który obecnie zapewnia stałe dostawy dobrej jakości wystandaryzowanego surowca według wymogów zgłaszanych przez producentów żywności na podstawie zmieniających się potrzeb konsumentów. – Nie niszczmy tego, co dobre – apelował, dodając, że to dzięki dużym gospodarstwom transformacja polskiego rolnictwa przebiegła efektywnie, bo zagospodarowano upadające PGR-y, w znacznej części utrzymano miejsca pracy i wprowadzono nowoczesną technologie. Takie gospodarstwa są w dużej mierze gwarantem bezpieczeństwa żywnościowego kraju i przyczyniają się do wzrostu eksportu. Ponadto spełniają wiele innych zadań, będąc propagatorami nowych technologii i innowacji. Są też integratorem środowiska wiejskiego – podkreślał Mariusz Olejnik.

Nie będzie problemu?

– Mówienie, że nieprzedłużenie umów dzierżawy zaburzy łańcuch dostaw jest zwykłą propagandą, ponieważ to gospodarstwa rodzinne są głównymi dostawcami zdrowej żywności do przetwórców i na rynki lokalne. Produkty z dużych gospodarstw, opartych na produkcji fermowej, często budzą zastrzeżenia konsumentów – kontrargumentował Grzegorz Cymiński.

Zwrócił uwagę, że do tej pory produkcja z dużych gospodarstw w większości była eksportowana, a wystandaryzowane wysokiej jakości surowce trafiają do firm przetwórczych od grup producenckich i rolników indywidualnych.

Jan Krzysztof Ardanowski zaznaczył, że gospodarstwa rodzinne, te do 300 ha, również produkują na rynek. – Są one przyjazne środowisku ze względu na skalę i zrównoważony charakter prowadzenia produkcji rolnej. Nie widzę zagrożeń w zaopatrzeniu firm spożywczych w surowiec. Pamiętajmy też o zmianach trendów wśród konsumentów. Ogólny wzrost zamożności społeczeństwa sprawia, że rośnie zainteresowanie wyrobami tradycyjnymi, lokalnymi, takimi prosto z gospodarstwa. Na to zapotrzebowanie nie odpowiedzą duże firmy spożywcze. Jak z tego widać miejsce jest dla małych i dużych – mówił minister rolnictwa.

Mniej ideologii!

Według Joanny Warechy działania, których efektem może być likwidacja dużych gospodarstw, to bardzo nierozsądne działanie, bowiem polskie rolnictwo staje się coraz mniej konkurencyjne i jest coraz bardziej zadłużone. – Polskie rolnictwo powinno być przede wszystkim odideologizowane. Bez tego nie ruszymy z miejsca. Do głosu musi w końcu dojść głos ekspertów, świata nauki, a nie wyłącznie działaczy politycznych, którzy mają tendencję do uogólniania, dzielenia ludzi i pielęgnowania strachów – stwierdziła Joanna Warecha. Według niej kiedy uda się u nas zrobić dwa kroki do przodu, za chwilę robi się trzy w tył. W ten sposób hamuje się rozwój. – Jeśli coś dobrze funkcjonuje, jest wypracowane, to właśnie pojawia się pomysł, by to przestało działać. Przykład, rząd namawia do zrzeszania się rolników np. w spółdzielnie na wzór zachodnioeuropejski, podczas gdy bardzo dobrze funkcjonującą spółdzielnię w Urbanowie na Wielkopolsce doprowadza się do likwidacji, bo nie wyłączyła 30 proc. gruntów. Przecież ta spółdzielnia jest wzorcowym przykładem bardzo dobrze zarządzanego, funkcjonującego gospodarstwa. Kompletny brak logiki rządzących w podejściu do rolnictwa. To jest krótkowzroczność, nie można podchodzić do obszarów wiejskich „byle dziś”. Proszę zobaczyć „Ranking 300” tworzony przez wiele lat przez Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej oraz Agencję Nieruchomości Rolnych, czyli obecny KOWR. Przecież te gospodarstwa były oceniane niezależnie i to są najlepsze gospodarstwa – argumentowała Joanna Warecha.

Zmiany tak, ale rozsądne

Zdaniem ekspertów sprawę mogłaby załatwić integracja gospodarstw indywidualnych na szczeblu lokalnym. To bowiem sprzyja przedsiębiorczości. Ale i tu rolę do odegrania mają duże gospodarstwa towarowe. – Pełnią funkcję integratora, przez co mniejsze gospodarstwa zyskują dostęp do wiedzy, technologii, kapitału i rynków zbytu. Mniejsze gospodarstwa dzięki kooperacji z gospodarstwami towarowymi, mają szansę na zwiększanie konkurencyjności oraz rozwój i poprawę efektywności. Takie wspólne działania mają już miejsce od wielu lat. Biorąc pod uwagę, że kreowanie efektywnych i trwałych więzi integracyjnych jest procesem długotrwałym, trudno spodziewać się, aby w przypadku likwidacji gospodarstw wielkotowarowych w krótkim czasie rolę tę przejęły np. spółdzielnie – tłumaczył Arkadiusz Gasidło. W jego ocenie współdziałanie indywidualnych gospodarstw rolnych w ramach spółdzielni produkcyjnych nie cieszy się popularnością. Częściowo wynika to z regulacji prawnych oraz z częstego traktowanie tej formy działalności jako reliktu poprzedniej epoki. – Wydawać by się mogło, że sytuacja ulega poprawie dzięki promowaniu spółdzielczości poprzez tworzenie grup producenckich. Niestety w niedługim czasie okazało się, że głównym powodem integracji nie jest chęć poprawy i wzmocnienia konkurencyjności, lecz możliwość uzyskania unijnego wsparcia finansowego – wyjaśniał Arkadiusz Gasidło.

Resort rolnictwa widzi potrzebę zmiany postaw rolników, podkreślając, że mamy jedną z najlepszych w Europie ustaw o spółdzielniach rolników. – Nie rozumiem irracjonalnego oporu przed wspólną pracą. Byliśmy jednymi z prekursorów ruchu spółdzielczego na Starym Kontynencie. Walka z przymusową kolektywizacją zostawiła bardzo głęboki ślad w mentalności rolników. Rozumiem starsze pokolenie i jego obawy z tym związane, ale dziś prowadzący gospodarstwa rolne nie pamiętają tamtych czasów. W swoim własnym, dobrze pojętym interesie powinni działać wspólnie. Moim zdaniem bardzo dobre warunki do tworzenia spółdzielni rolniczych, jakie wprowadziliśmy w naszym systemie prawnym, rolnicy powinni wykorzystać i umocnić swoją siłę ekonomiczną. To nie tylko korzystne warunki podatkowe, ale także wymierne korzyści ekonomiczne przy zakupie środków do produkcji rolnej, oszczędności wynikające ze wspólnego zakupu i użytkowania maszyn, ale także dużo silniejsza pozycja w całym łańcuchu żywnościowym. Taka wspólna praca pozwala na zaoferowanie na rynku dużych, jednolitych partii produktów, również w systemie giełdowym – tłumaczył Jan Krzysztof Ardanowski.

W kolejnej części cyklu uczestnicy debaty będą rozmawiać o tym, czy przez likwidację części dużych gospodarstw polskie rolnictwo może stracić na innowacyjności.

Materiał powstał przy współpracy Związku Zawodowego Pracowników Rolnictwa w Rzeczypospolitej Polskiej

Zmiany w strukturze rolnictwa mogą negatywnie wpłynąć na jego potencjał konkurencyjny

Trzeba zacząć od tego, że gospodarstwa rolne o powierzchni powyżej 300 ha gospodarują w Polsce na niewiele ponad 10 proc. wszystkich użytków rolnych. Jest ich w sumie ok. 2,5 tys. i działają na 1,5 mln ha. Zatem ich udział w użytkowaniu ziemi nie jest duży. Przeciętnie takie gospodarstwo ma w swoich rękach ok. 600 ha. Kolejne 11 proc. stanowią gospodarstwa o powierzchni od 100 do 300 ha. Największy udział w użytkowaniu ziemi rolniczej, na poziomie 78 proc., mają zatem gospodarstwa poniżej 100 ha.

Wzrasta udział użytków rolnych w grupie obszarowej pomiędzy 30 a 100 ha. A 30 ha jest właśnie granicą, od której zauważalny jest przyrost. Tymczasem w krajach o rolnictwie konkurencyjnym wobec polskiego, a myślę tu o Niemczech, Holandii, Danii, czy północnej Francji, które mają podobną strukturę produkcji rolnej do naszej, najszybciej przybywa gospodarstw o wielkości powyżej 100 ha. Widać więc, że podążamy śladem innych krajów w Europie, ale wolniej i kilka kroków z tyłu, co przyczynia się do pogłębiania różnic w strukturze obszarowej między Polską a innymi państwami. Likwidacja dużych gospodarstw, na skutek nieprzedłużania dzierżawy, może jeszcze tylko tę różnicę pogłębić, bo dojdzie do większego rozdrobnienia w rolnictwie. To z kolei może odbić się na opłacalności i konkurencyjności sektora.

Dziś intensywność wytwarzania w polskim rolnictwie, mierzona wartością produkcji na hektar, stanowi niewiele ponad dwie trzecie średniej europejskiej. To oznacza, że jeśli polskie rolnictwo jest mniej intensywne, to gospodarstwa powinny być większe, by równać się pod względem wielkości wytwarzania z rolnictwem tych krajów europejskich, gdzie występuje konkurencyjna względem polskiej struktura produkcji.

Dość często można spotkać pogląd, powołujący się na Komisję Europejską, że promuje ona małe gospodarstwa rolne. Owszem tak jest, jeśli się spojrzy z perspektywy europejskiej, ale trzeba mieć na uwadze rozumienie tego, czym jest gospodarstwo duże, a czym małe. To zupełnie co innego oznacza w krajach południowych Europy o specyficznej strukturze produkcji, innej niż w naszym rolnictwie, a co innego w krajach naszych konkurentów, gdzie dominują gospodarstwa o standardowej wartości produkcji na poziomie powyżej 100 tys. euro i więcej. Gospodarstwa takie stanowią tam ok. 40 proc. wszystkich, dostarczając na rynek 90 proc. produkcji. Dla porównania w Polsce takich gospodarstw jest 2,5 proc. i dają one tylko niewiele ponad 40 proc. całości produkcji rolnej.

To kolejny dowód na to, że zmiany w strukturze rolnictwa mogą negatywnie wpłynąć na jego potencjał konkurencyjny, a w konsekwencji na pozycję konkurencyjną w wymianie międzynarodowej.

Myśląc o konkurencyjności rolnictwa i dochodach rolników, trzeba mieć na uwadze wartość dodaną, która powstaje w gospodarstwie w przeliczeniu na jednego pracującego, czyli inaczej mówiąc wydajność pracy. Możliwości wytworzenia wartości dodanej, która będzie gwarantowała satysfakcjonujący (parytetowy) dochód rolników i środki na rozwój gospodarstw, mogą wynikać ze skali produkcji, za którą kryją się zasoby ziemi lub też rodzaju produkcji cechującej się wysoką jednostkową wartością dodaną. Duże gospodarstwo rolne ma tę przewagę, że może postawić na wysoką produktywność pracy, wynikającą z dużych zasobów ziemi. Nie wyklucza to oczywiście także produkcji cechującej się wysoką produkcją w przeliczeniu na hektar, ale nie jest to konieczne, by osiągnąć odpowiedni dochód. Małe gospodarstwo natomiast zawsze musi również spełnić warunek wysokiej produktywności z ziemi. Nie uzyska tego, powielając strukturę produkcji gospodarstw dużych. Musi wytwarzać produkty rolne cechujące się wysoką jednostkową wartością dodaną (np. warzywa, owoce, zioła czy niektóre rodzaje produkcji zwierzęcej). Dobrym dodatkowym sposobem zwiększenia wartości dodanej w gospodarstwach mniejszych może być np. sprzedaż bezpośrednia, przetwórstwo w gospodarstwie, czy rolniczy handel detaliczny.

Zmniejszenie znaczenia roli gospodarstw dużych może prowadzić do zaburzenia w łańcuchu dostaw, czy eksporcie. Duże gospodarstwa rolne są bowiem głównym dostawcą produktów do przemysłu spożywczego i na zagraniczne rynki.

Trudno dziś przesądzać, co stanie się w przyszłości. Możliwe są różne scenariusze. Jeśli wśród nowych dzierżawców będą dotychczasowi, którzy wystartują w przetargu po ziemię zwróconą wcześniej do państwowych zasobów, wszystko może skończyć się dobrze. Chodzi o to, by zachować dobrze zorganizowane gospodarstwa rolne, które stanowią organiczną, zbilansowaną całość oraz, by zachować miejsca pracy. Jeśli natomiast wygra zasada parcelacji „wszystkim po równo”, struktura agrarna straci. To też prawdopodobne, bo zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa pierwszeństwo nabywania ziemi mają mieć małe gospodarstwa. Istnieje obawa, że w części staną one do przetargu z myślą o późniejszej sprzedaży ziemi, albo gdy powodem tego będzie jedynie otrzymywanie dopłat.

Chciałbym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Panuje przekonanie, że to małe gospodarstwa są w największym stopniu przyjazne środowisku. Otóż, wielkość nie ma tu znaczenia. Istotne jest to, czy takie gospodarstwo jest głównym źródłem utrzymania dla jego właściciela, czy tylko elementem dodatkowym, bo podstawową pracę świadczy gdzie indziej. Jeśli tak jest, to często dbałość o glebę i jakość procesu produkcji jest mniejsza.

Mam więc nadzieję, że pierwiastek racjonalności zwycięży przy przedłużaniu dzierżaw.