- A teraz mówimy: po 2025 r. nikt, kto ma powiązania z węglem, nie uzyska od nas finansowania - mówi w rozmowie z DGP Brunon Bartkiewicz prezes ING Banku Śląskiego, związany z bankiem i Grupą ING od początku lat 90. Chief Innovation Officer w Grupie ING odpowiedzialny za promowanie nowoczesnych rozwiązań, technologii oraz szybkie wprowadzanie innowacyjnych pomysłów na rynek.
Reklama
DGP
Niedawno mieliśmy szczyt sezonu składania wniosków na 500+: wiele osób robiło to za pośrednictwem internetu. I banki, jeden po drugim, informowały o problemach, bo zawieszały się ich systemy informatyczne. Czy nie jesteście przytłoczeni popularnością usług internetowych i mobilnych?
Banki, jak wszystkie instytucje, chcą być efektywne. A to oznacza dostosowanie możliwości działania do przewidywanego zainteresowania usługą. Rozbudowa możliwości ponad miarę po prostu kosztuje. W tym przypadku zanotowaliśmy gwałtowny przyrost liczby klientów logujących się niemal w tym samym czasie.
Klienci tak na to nie patrzą.
Jeśli ruch w sieci zdecydowanie przekracza założenia, to pojawiają się zaburzenia. W tym przypadku największą aktywność klientów zanotowano w środku nocy, właściwie zupełnie nieoczekiwane. To, że banki tak szybko potrafiły sobie poradzić z problemami, oznacza, że jesteśmy dobrze zorganizowani. Proszę pamiętać, że ruch w sieci w ciągu pierwszego dnia był porównywalny do ruchu w ciągu miesiąca przy poprzedniej fali składania wniosków.
Bo tym razem wnioski można było składać już na pierwsze dziecko.
Jeśli ktoś znienacka rzuciłby hasło: „Klienci banków, sprawdźcie teraz saldo!”, to możemy być pewni, że nasze systemy się zablokują. Ale proszę pomyśleć, co by się stało z Facebookiem, gdyby 10 proc. użytkowników portalu zechciało w tym samym momencie sprawdzić status. Sytuacja byłaby podobna.
Ale przypadki awarii zniechęcają do korzystania z konkretnych banków.
Dlatego na następną falę będziemy lepiej przygotowani.
Dziennik Gazeta Prawna
Czy mimo wszystko nie jest to problem technologiczny? Banki w Polsce inwestowały w informatyczne systemy centralne 10–15 lat temu.
Są problemy z systemami zastanymi, legacy systems (to systemy, z którymi w razie awarii – np. z powodu ich skomplikowania czy braku dokumentacji – działy IT nie są w stanie sobie szybko poradzić – red.). Nasze banki są bardzo nowoczesne na front-endzie (tam, gdzie jest kontakt z klientem – w serwisie internetowym, mobilnym – red.). Na zapleczu, back-endzie, już niekoniecznie. Nowoczesne instytucje powinny nieustannie wymieniać wszystkie warstwy infrastruktury informatycznej. Kiedy kończymy wdrażanie nowego rozwiązania – może to zająć pół roku, może trzy lata – za chwilę powinniśmy zabierać się do tego od nowa. Ale kiedy bank walczy o zysk, to odkłada decyzje o unowocześnianiu infrastruktury ze względu na koszty. Wtedy powstaje IT Gap, technologiczna wyrwa – to wielkość, jaką firma musiałaby zainwestować, by dorównać do dzisiejszych wymagań rynkowych. Podkreślam – dzisiejszych. Nie mówimy o najnowszych technologiach. A im większy kłopot ma bank z generowaniem zwrotu z kapitału, tym bardziej musi oszczędzać. I często robi to na systemach informatycznych.
Czy ta rosnąca technologiczna wyrwa będzie odczuwalna przez klientów? Kiedy to się może odcisnąć w negatywny sposób na korzystaniu z banków?
Myślę, że nie w ciągu najbliższych lat. Banki poświęcają mnóstwo środków na to, by do tego nie doszło. IT Gap dotyka raczej centrów przetwarzania danych czy rozwiązań opartych na transmisji danych.
Czyli transakcja zajmie dwie sekundy, a mogłaby sekundę.
A z punktu widzenia banku: transakcja, która mogłaby kosztować jedną setną centa, będzie nadal kosztować jednego centa. Dlatego mamy błędne koło: żeby być efektywnym, trzeba inwestować. A jeśli nie ma zysku, to się tego nie robi. I za pięć lat nie będzie się równie efektywnym jak konkurenci, którzy są na rynku.
Skąd w takim razie będą się brały w bankach pieniądze – czyli zyski? Mamy nadmiarowe obciążenia, jak pan mówi. Mamy niskie stopy procentowe…
Nadmiarowe obciążenia – tak. Ale nie mamy niskich stóp...
Są wyższe niż w innych krajach, ale u nas tak niskie jeszcze nie były.
Wynagrodzenie depozytów kształtuje się poniżej poziomu inflacji. A to oznacza, że kredyty są w miarę tanie. Polska gospodarka na tym korzysta. Nadmiarowe obciążenia regulacyjne – przez pas transmisyjny kapitału – może sprawić, że zdolność banków do udzielania kredytów zmniejszy się lub koszt udzielania pożyczek będzie przerzucany na klienta. Banki, by sprostać wymogom kapitałowym i konieczności generowania kapitału, muszą rozszerzać marżę pomiędzy wysokością oprocentowania depozytów i kredytu.
A opłaty? W Polsce standardem jest darmowa bankowość internetowa czy darmowe przelewy. Nie wszędzie tak jest. Czy to się zmieni?
Miejmy nadzieję, że nie. Uderzalibyśmy wtedy w przyzwyczajenia klientów. Poza tym jako społeczeństwo bardzo korzystamy na tym, że szybko i w miarę bezboleśnie przyjmujemy nowe rozwiązania technologiczne w bankowości. W międzynarodowym wyścigu stawia nas to na niezłej pozycji. A więc polskie banki swoją część lekcji dotyczącą postępu cywilizacyjnego w poważnym stopniu odrabiają. Wiemy, że nie do końca tak jest we wszystkich sektorach naszego życia. A jeśli chodzi o same banki, to musimy być jeszcze bardziej cyfrowi niż konkurencja w innych krajach, bo bez tego nie będziemy w stanie przetrwać. Musimy mieć niższe koszty – a wpływ na to ma digitalizacja. Drugą stroną medalu jest to, że nasi klienci są bardziej zdani na siebie niż klienci w innych krajach. Sami wykonują wiele operacji, które w bankach na Zachodzie są dokonywane z udziałem pracownika banku.
Czyli wszystkich w sektorze czekają większe wydatki na technologie?
Z tym, że nie wszyscy sobie poradzą.
Lista banków ze stratą w ubiegłym roku się wydłużyła.
Długa jest też lista tych, które z Polski wyszły bądź wychodzą. Ze względu na nadmiarowe obciążenia nie są w stanie utrzymać się na rynku.
ING Bank Śląski był jednym z liderów, jeśli chodzi o „zielone finanse”. Widać, że zainteresowanie tą sprawą rośnie. Da się na tym zarobić?
Byliśmy pierwsi w Polsce, i to na nas spadło kilka lat temu odium za ogłoszenie polityki ekologicznej.
Nic dziwnego: Bank Śląski ma siedzibę w Katowicach.
Bank Śląski od 1991 r. konsekwentnie mówił o konieczności restrukturyzacji rodzimego sektora węglowego. Od momentu ogłoszenia naszej polityki minęły cztery lata – ton wypowiedzi i zrozumienie tematu jest dziś zupełnie inny niż wtedy. Ale niezależnie od dyskusji na temat wpływu człowieka na klimat bądź jego brak, regulacje jednoznacznie wskazują, że podmioty i kraje dysponujące zieloną technologią będą miały łatwiej niż te, które opierają się na brudnej technologii. Takie podmioty będą napotykały trudności we współpracy gospodarczej, ponieważ będą eliminowane z łańcuchów wartości. Produkty tych firm nie będą znajdowały nabywców lub dostawcy nie będą chcieli z takimi przedsiębiorstwami współpracować. Te podmioty będą miały też kłopoty z uzyskaniem finansowania.
To oznacza, że takie inwestycje, jak np. nowy blok energetyczny elektrowni węglowej w Ostrołęce, nie mają szans na sfinansowanie przez was?
Nie mówię o konkretnym projekcie, tylko o sposobie myślenia. Szczególnie długoterminowe finansowanie brudnej technologii będzie trudne. Dlaczego? Bo ten, kto je zapewni, będzie musiał liczyć się z tym, że sam za swoje obligacje będzie płacił więcej – właśnie z powodu tego zaangażowania. To co roku będzie 10, 20 czy 40 pipsów (setnych części punktu procentowego – red.) więcej. Ten, kto wejdzie w takie finansowanie, nie będzie miał prawa emitować własnych zielonych obligacji. Dzisiaj polskie partie zaczynają mówić o klimacie, o tym, że jest potrzebny program konwersji na odnawialne źródła energii. Niemcy ogłaszają przyśpieszenie w tym zakresie, są też unijne inicjatywy. To wszystko przejawy trendu, o którym mówiliśmy już kilka lat temu. Od dłuższego czasu wysyłaliśmy do gospodarki sygnały ostrzegawcze, tylko mało kto nas słuchał. A teraz mówimy: po 2025 r. nikt, kto ma powiązania z węglem, nie uzyska od nas finansowania.
Nie jesteście monopolistą...
Może inne banki myślą inaczej. Ale moim zdaniem trend jest nieubłagany. Z tym że nie tylko mówimy o tym, czego nie będziemy robić. Trzeba też mówić o tym, jak na bazie tego trendu budować konkurencyjność gospodarki. Każdy chce inwestować, mieć u siebie ludzi, kompetencje, zakłady, które zajmują się budową form przechowywania energii elektrycznej, zielonych form jej generowania. Każdy, kto rozsądnie patrzy na świat, widzi, że mamy do czynienia z kolejną falą, gdzie technologia – zielona – wpływa na inny podział zdolności wytwórczych i w rezultacie bogactwa pomiędzy poszczególnymi krajami. Dzisiaj państwem, który dąży do dominującej pozycji w obszarze produkcji paneli fotowoltaicznych i systemów akumulatorowych, są Chiny. W taki sposób chcą m.in. budować pozycję supermocarstwa. Do tego nawiązuje premier Mateusz Morawiecki w programie elektromobilności. My też powinniśmy iść w tę stronę.
Powinniśmy. Program elektromobilności nie do końca się udaje.
Jak zawsze realizacja bez planu nie istnieje, a plan bez realizacji jest stratą czasu. Trzeba jednego i drugiego. Zwrócę uwagę na jeszcze jedną rzecz: jeśli chodzi o konwersję energetyczną, 20 lat to jest krótki okres. To, co dziś robimy – lub czego nie robimy – będzie miało skutki w 2040 r. Jeśli chcemy konwersji, a tak naprawdę nie mamy wyjścia, trzeba działać szybko, by mieć efekty już w 2050 r. My już gonimy peleton. Oczywiście, to trudne, skomplikowane i wymaga spójności i wsparcia przez wszystkich: od banków po partie polityczne.
W gospodarce mówi się o rynku pracownika. A w bankowości?
Tak samo.
Nawet biorąc pod uwagę to, że banki znikają? Te, które istnieją, zwalniają czasem w sposób dość radykalny. Oddziałów jest coraz mniej.
Te trendy rzeczywiście istnieją. Ale one są w gruncie rzeczy dość łagodne. Nie mamy w Polsce do czynienia z gwałtowną zmianą. Istotniejsze jest coś innego: zatrudnienie osób, które będą decydować o tym, jak bank będzie wyglądał w przyszłości.
Zapewne nie sprzedawcy, a informatycy.
To nie jest takie proste. Po pierwsze ludzie, których potrzebują banki, to nie tylko koderzy. To specjaliści, którzy potrafią posługiwać się danymi. Po drugie – potrzebujemy sprzedawców. A młode pokolenie wchodzące na rynek pracy nie widzi się w tej roli. Tylko nie chodzi nam o sprzedawców, którzy coś oferują klientowi, bo się na tym znają. Znaczenie słowa sprzedawca jest dzisiaj szersze. Chodzi o to, aby wraz z klientem rozpoznać jego potrzeby i pokazać mu konsekwencje jego decyzji. To wymaga umiejętności rozmowy z drugim człowiekiem. A to jest dobro rzadkie.
Umiejętność rozmowy to dobro rzadkie?
Tak. My w ogóle, a szczególnie młode pokolenie, nie chcemy rozmawiać. Jest mało ludzi, którzy chcą zawodowo zajmować się rozmową z osobami, których nie znają. Każdy sektor usługowy z tym dzisiaj się boryka – i to na całym świecie.
W sobotę 14 września wchodzi w życie otwarta bankowość – na mocy dyrektywy o usługach płatniczych PSD2 możliwy będzie dostęp do rachunku bankowego klienta również innych instytucji. Widzi pan tu szansę dla siebie?
Tak. Często jest to przedstawiane tak, że to banki będą źródłem danych. A my przecież też będziemy mogli uzyskać dostęp do danych klientów u konkurencji. Banki w Polsce cieszą się wysokim zaufaniem klientów. I mogą z tego skorzystać w związku z PSD2.
Czyli PSD2 przyśpieszy „obrót klientami” – częściej będziemy zmieniać banki.
Ja widzę to raczej tak, że PSD2 da klientom możliwość uzyskania nowych form usług. Jeśli klient będzie zadowolony z moich usług, to powie: „OK, to ja z tobą zostaję” – a przecież w mojej pracy właśnie o to chodzi.
Jak szybko zobaczymy efekty PSD2? To kwestia miesięcy czy kwartałów?
Na pewno wszystkie polskie banki będą gotowe na udostępnianie danych w momencie wejścia w życie nowych przepisów, czyli 14 września.
A korzystanie z danych innych instytucji?
Zapewne kurz opadnie po roku i wtedy będziemy widzieli, które nowe rozwiązania są dla klientów wygodne, a które nie. Agregacja danych wbrew pozorom nie da znaczących efektów aż tak szybko. Z systemami agregacyjnymi w Europie Zachodniej mamy do czynienia od dłuższego czasu. Co prawda w trochę innej formule. Wielkiego wybuchu nowych rozwiązań w tym zakresie nie było. Myślę, że na naszym rynku stosunkowo szybko nastąpi uproszczenie procedury udzielania kredytu dzięki możliwości sprawdzenia sald w innych bankach. Choć dla klienta nie będzie to aż tak rewolucyjne. Podsumowując – w średnim okresie PSD2 to będzie rewolucja. Ale w krótkim – będzie dużo mówienia, dużo nagłówków, ale niezbyt wiele treści.
ING Bank Śląski od czterech lat nie ma sobie równych w konkursie „Gwiazdy Bankowości” organizowanym przez DGP wspólnie z firmą doradczą PwC. W tym roku miała miejsce piąta edycja konkursu, w którym bierzemy pod uwagę wyniki finansowe poszczególnych banków komercyjnych, dynamikę biznesu, innowacyjność oraz to, jak są postrzegane przez klientów. Nad przebiegiem konkursu czuwa kapituła w składzie: Jowita Michalska – prezes Fundacji Digital University, Janusz Jankowiak – główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, prof. Witold Orłowski – główny doradca ekonomiczny PwC, Mariusz Śpiewak – partner w PwC oraz Krzysztof Jedlak – redaktor naczelny DGP (jako przewodniczący) i Łukasz Wilkowicz – dziennikarz DGP.