Jakie skutki może mieć dla branży planowana podwyżka akcyzy na alkohol o 3 proc.?

Witold Włodarczyk: Każdy wzrost akcyzy rodzi negatywne skutki dla przemysłu spirytusowego, czyli producentów mocnych alkoholi, ale też dla społeczeństwa. Po pierwsze – przestępczość gospodarcza otwiera szampana. Bardziej opłaca się produkować nielegalny alkohol z nieobjętego akcyzą spirytusu przemysłowego. Jeśli taki produkt zostanie słabo odkażony, będzie niebezpieczny dla zdrowia i życia ludzi. Po drugie – do kasy państwa zaczyna płynąć mniej podatków, zarówno z powodu rozwoju nieopodatkowanej szarej strefy, jak i zmniejszenia zakupów legalnego alkoholu, co pokazała podwyżka akcyzy z 2014 r. Tuż przed nią wszyscy zrobili zapasy po starych cenach, więc w następnym roku popyt i produkcja drastycznie spadły, a wraz z nimi dochody budżetu. Po trzecie – branża spirytusowa działa dziś w Polsce na minimalnych marżach. Jest to związane ze wzrostem kosztów pracy, a także cen mediów, choćby wody, która jest kluczowa dla produkcji. Jeśli producenci podniosą ceny wyrobów spirytusowych z powodu wyższej akcyzy, ryzykują, że powiększy się czarny rynek. Jeśli wezmą wyższy podatek na siebie i nie podniosą cen, znajdą się na granicy opłacalności. Podsumowując – podwójny klincz tym bardziej, że przepisy o akcyzie na alkohol nie traktują równo wszystkich producentów. Dla branży piwnej nie będzie to miało większego znaczenia.

To fakt, jedynie producenci wyrobów spirytusowych płacą akcyzę proporcjonalnie do zawartości w nich czystego alkoholu. W przypadku piwa podatek akcyzowy wynosi 7,79 zł od 1 hektolitra za każdy stopień plato gotowego wyrobu, czyli ekstraktu piwnego, niezależnie ilości „procentów”. Skąd takie różnice?

Zaczęło się od ustawy o wychowaniu w trzeźwości z 1983 r., czyli jednej z najstarszych, jakie jeszcze obowiązują. Kiedy wchodziła w życie, w czasach PRL, miała sens, gdyż w tamtych czasach wódka miała 70-proc. udział w rynku alkoholu w Polsce. Aby zmniejszyć jej spożycie, stworzono preferencje dla napojów o niższej zawartości alkoholu. W czasie transformacji, w latach 90. XX wieku, niesamowicie skorzystały na tym zagraniczne koncerny, które zaczęły przejmować polskie browary. Fakt, że był wówczas wielki popyt na dobrej jakości piwo. Jednak Polska nigdy – historycznie, klimatycznie czy kulturowo – nie należała to tzw. beer belt – pasa piwnego, jak Niemcy, Austria czy Czechy. My byliśmy vodka belt, tak jak Szkocja należy do whisky belt. Na świecie słowo „vodka” kojarzy się z Polską albo z Rosją. Tymczasem dziś, po niespełna trzech dekadach, piwo odpowiada za blisko 60 proc., spożycia alkoholu w Polsce, napoje spirytusowe – wódki, whisky, likiery i inne – jedynie za niespełna 30 proc. Jesteśmy największym rynkiem piwa w Europie zaraz po Niemczech i Wielkiej Brytanii. To jeden z nielicznych przypadków na świecie, gdy prawo i polityka podatkowa całkowicie zmieniły ukształtowaną przez wieki tradycję.

Może jednak fakt, że Polacy piją dziś więcej piwa niż wódki, spowodował spadek spożycia alkoholu?

Nie spowodował. Pijemy coraz więcej alkoholu, tylko głównie w postaci piwa. A przecież to ten sam C2H5OH. Preferencja dla napojów z niską zawartością alkoholu doprowadziła przez dekady do patologii na rynku. Przykład? Niedawno widziałem w sklepie półlitrową puszkę piwa z 7-proc. zawartością alkoholu za 1,79 zł. To nawet nie jest piwo, bo gdyby zawartość ekstraktu odpowiadała normom, to cena musiałaby być wyższa. Po prostu alkoholizowany napój z dodatkiem piwa, przeznaczony – jak się wydaje – głównie dla młodzieży, dla której współczynnik kopnięcia, czyli stosunku zawartości alkoholu do ceny produktu, ma duże znaczenie. Ilość alkoholu w tym „piwie” odpowiadała jego zawartości w 100-mililitrowej „małpce” wódki. Tyle że za „małpkę” trzeba zapłacić 5–6 zł, bo 75 proc. jej ceny stanowią podatki. A tu mamy tę samą ilość alkoholu tylko za trzykrotnie niższą cenę. Producenci piwa mogą sobie na to pozwolić, bo nie płacą akcyzy od zawartości alkoholu, a jedynie ekstraktu piwnego w produkcie.

Badania amerykańskie i brytyjskie pokazały, że preferencje dla lekkich alkoholi nie tylko nie zmniejszyły, ale wręcz drastycznie zwiększyły ogólne spożycie w tych krajach. Po prostu ludzie częściej zaczęli się upijać piwem. Wynika to także z faktu, że na jego spożycie jest większe społeczne przyzwolenie niż na napoje spirytusowe. Piwo, w przeciwieństwie do tych drugich, wolno reklamować. I często robi się to w sposób wyjątkowo nieuczciwy, kojarząc picie radością życia, przyjaźnią czy nawet sportem. Natomiast reklamy piwa bezalkoholowego też są „hodowaniem” przyszłych konsumentów wśród osób niepełnoletnich. Inicjacja alkoholowa młodzieży to dziś głównie inicjacja piwna.

Czy oznacza to, że obecna polityka akcyzowa państwa nie bierze w ogóle pod uwagę zmian w modelu konsumpcji alkoholu, które zaszły w ostatnich dekadach?

Oczywiście. Wygląda na to, że nie bierze. Państwo pobiera od producentów piwa 3,5 mld zł akcyzy rocznie, a od producentów wyrobów spirytusowych – prawie 8 mld zł. Przy takiej strukturze spożycia, jaką mamy, browary sprzedające 18 mln puszek dziennie powinny wpłacać do budżetu znacznie więcej. To, że tak się nie dzieje, wynika z faktu, iż zgodnie z obowiązującymi przepisami alkohol w wódce jest opodatkowany o 270 proc. wyżej niż ta sama substancja w piwie. Gdyby więc zamiast podnosić akcyzę rząd zdecydował się na ujednolicenie zasad opodatkowania producentów napojów alkoholowych, osiągnąłby znacznie wyższe wpływy. Oczywiście jako organizacja pracodawców bierzemy pod uwagę, że gwałtowna zmiana zasad spowodowałaby też negatywne skutki, przede wszystkim dla miejsc pracy. Proponujemy więc rozłożenie jej w czasie na 2–3 lata, tak, by nie zagroziło to stabilności branży, a dla konsumentów było prawie niezauważalne. Podniesienie akcyzy na zawarty w piwie alkohol o 100 proc. spowodowałoby wzrost jej udziału w cenie puszki z 48 gr do 90 gr. Pół litra piwa podrożałoby więc zaledwie o 42 grosze – choć z pewnością część, jeżeli nie całość tej kwoty, producenci piwa wzięliby na siebie. Taki sposób opodatkowania byłby także korzystny dla producentów kraftowych, rzemieślniczych piw, które dziś nie mogą się przebić przez tanią konkurencję. Obecny system opodatkowania akcyzą skłania bowiem wielkich producentów do zmniejszania zawartości „piwa w piwie” i zwiększania zawartości alkoholu, co w sumie obniża jakość tego napoju na polskim rynku. Proponujemy więc w tej sprawie okrągły stół wszystkich producentów napojów alkoholowych, aby wypracować akceptowalny dla wszystkich consensus.

A jeśli napotkacie opór, a rząd nie będzie skłonny do zmiany polityki podatkowej? Polski Przemysł Spirytusowy jest przecież największym w Europie i czwartym na świecie producentem mocnych alkoholi. Może wyjściem z tej prawnej i fiskalnej pułapki jest eksport, którego akcyza przecież nie dotyczy?

To fakt, że jesteśmy największym producentem w Unii Europejskiej. Ale nie jesteśmy największym eksporterem. Ten wynosi zaledwie 18 proc. produkcji. To bardzo mało, biorąc pod uwagę, że Szkoci eksportują niemal 95 proc. wyprodukowanej whisky, a Francuzi już niemal 100 proc. koniaku. Dzieje się tak pomimo, że polska wódka, podobnie jak tamte trunki, jest postrzegana na świecie jako produkt markowy, najwyższej jakości. Tymczasem nawet w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszka ponad 10 mln ludzi przyznających się do polskiego pochodzenia, sprzedajemy mniej wódki niż Rosja, ale także mniej niż Szwecja i Finlandia. Oba te kraje mają tylko po jednej, znanej powszechnie, marce wódki, a mimo to sprzedają jej więcej, niż my wszystkich produkowanych w Polsce.

Z czego to wynika?

Przecież nie z tradycji, bo słowo „wódka” nie jest w żadnym wypadku pochodzenia szwedzkiego. Po prostu aby producent przebił się na światowe rynki, musi mieć silną pozycję w kraju. A nie będzie jej miał, jeśli na własnym rynku jest dyskryminowany. I nie chodzi tu tylko o podatki, ale też o stosunek polityków do polskiej wódki. Szkoci i Irlandczycy nie mają problemu z gospodarczą dyplomacją związaną z promowaniem whisky – jest ona tam traktowana jak dobro narodowe. Tymczasem polscy politycy polskiej wódki po prostu się wstydzą. Przedstawicie przemysłu spirytusowego jako jedyni nie mają szansy na refundowanie wyjazdów na targi zagraniczne, a to są wysokie koszty. Nikt nie bierze pod uwagę, że „polska wódka” to marka, która mogłaby być lokomotywą także dla innych produktów rolnych. Znana na świecie jakość tego trunku jest przecież najlepszą wizytówką wysokiej kultury rolno-spożywczej kraju. Politycy, po cichu, w kuluarach, przyznają nam rację, ale dalej nikt w tej sprawie nie robi nic.

Pokutują stereotypy z czasów PRL-u, że wódka to coś, czego trzeba się wstydzić?

Niestety tak i najwyższa pora to zmienić. Zmienił się przecież rynek, sposób życia, preferencje konsumentów, kultura spożycia – kupujemy rzeczy coraz wyższej jakości. Nikt już nie produkuje w Polsce złej wódki – nie pozwala na to zarówno niezwykle silna krajowa i zagraniczna konkurencja, jak i same przepisy podatkowe. Jeśli w cenie półlitrowej butelki 40-proc. wódki 11,41 zł stanowi akcyza od zawartości alkoholu, to nikt nie wypuści na rynek wódki za 10 czy 15 zł, bo to po prostu niemożliwe. Tymczasem sposób myślenia o polskiej wódce wciąż narzuca ustawa sprzed 36 lat. To niestety przekłada się na stosunek do marki i branży spirytusowej także w innych dziedzinach. Szkoci czy Irlandczycy zrobili ze swoich destylarni prawdziwe turystyczne perły – na whisky tour przyjeżdżają do nich ludzie z całego świata; z Ameryki, Japonii, Chin. Nic dziwnego, że później ponad 90 proc. produkcji idzie na eksport.

Myśli pan, że „vodka tour” mogłaby stać się polskim turystycznym hitem? Na razie trudno to sobie wyobrazić.

Szkoci, Irlandczycy czy Francuzi wiedzą, że za każdą dobrą marką musi stać dobra historia, czyli tzw. story i znakomicie to wykorzystują. U nas też ciekawych historii nie brakuje, tylko jakoś nikt ich jeszcze głośno nie opowiada – najwyższy czas rozpocząć tę polską opowieść i wsiąść do pociągu z napisem „vodka tour”. Jednak przede wszystkim trzeba wprowadzić jednolite, uczciwe zasady gry dla całej branży producentów napojów alkoholowych, tak aby nikt nie był dyskryminowany czy niesłusznie uprzywilejowany. Niezbędne są systemowe zmiany, a do ich wprowadzenia potrzebna jest wola polityczna. Wsparcie dla polskiego przemysłu spirytusowego to przecież także wsparcie dla polskiego rolnictwa, od którego co roku skupowanych jest 750 tys. ton zboża i 50 tys. ton ziemniaków. To również wsparcie dla 50 polskich gorzelni, produkujących najlepszy na świecie spirytus i wreszcie wiele dodatkowych miliardów dla budżetu państwa. Trzeba w końcu zmienić tę wielokrotnie łataną ustawę z 1983 r. i to może być okazja dla polityków, aby zapoznali się z rzeczywistym stanem rynku i sytuacją producentów. Bo na razie wygląda to tak, że jakieś tam prawo jest, jakieś tam pieniądze do budżetu płyną. A przecież może być o wiele lepiej.

Partner