Od początku transformacji naszym celem było dołączenie do integrującej się Europy Zachodniej. Dziś, w 15-lecie pełnoprawnej przynależności do UE, możemy powiedzieć, że członkostwo w Unii przynosi Polsce wszechstronne korzyści. Chcemy być beneficjentami przynależności do UE również w przyszłości. W tym kontekście zasadne jest pytanie o euro. Przystępując do UE, Polska zobowiązała się do przyjęcia wspólnej waluty, lecz nie został określony termin, w którym to ma nastąpić. Nie łamiąc zobowiązań traktatowych, Polska może więc pozostawać poza strefą euro tak długo, jak zechce.
Względy ekonomiczne przemawiają przeciwko przyjęciu euro. Wyjaśniam to w książce opublikowanej wspólnie z Ernestem Pytlarczykiem („Paradoks euro. Jak wyjść z pułapki wspólnej waluty?”, wyd. Poltext, Warszawa 2016). Tutaj ograniczę się do krótkiej konkluzji. Posiadanie własnej waluty oznacza koszty związane z koniecznością wymiany oraz ryzykiem wahań kursowych. Nie mają one jednak decydującego znaczenia i nie powstrzymują wzrostu polskiej gospodarki i wzrostu handlu. Koszty braku własnej waluty (lub braku możliwości dostosowania kursu walutowego) mogą być wielokrotnie większe. Bez amortyzującego oddziaływania kursu w sytuacji kryzysowej w gospodarce następują znacznie większe negatywne zmiany PKB, produkcji i zatrudnienia.
Groźnym zjawiskiem jest sytuacja, gdy obniżenie PKB traci charakter cykliczny i staje się zjawiskiem strukturalnym. Ilustrują to dramatyczne doświadczenia dużej grupy krajów strefy euro, a także krajów, które w okresie wielkiego kryzysu lat 30. utrzymywały długo sztywny kurs walutowy wobec złota.
Reklama
Własna waluta nie przeszkadza polskiej gospodarce w systematycznym nadrabianiu dystansu w stosunku do bogatszych krajów Europy Zachodniej. Natomiast wejście do strefy euro stwarza ryzyko utraty konkurencyjności, co może sprawić, że efektywny dotąd proces nadganiania zostanie zatrzymany i Polska na wiele lat utknie daleko poza gospodarczą czołówką.
Nawet wysoki poziom rozwoju gospodarczego nie gwarantuje powodzenia w strefie euro. W polskiej dyskusji formułowane są różne warunki, których spełnienie powinno zagwarantować, że wejście do strefy euro przyniesie korzyści gospodarce. Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki powtarzają, że wejście do strefy euro stanie się dla Polski korzystne, gdy kraj nasz osiągnie poziom rozwoju zbliżony do Niemiec. Zwolennicy względnie szybkiego wejścia do strefy euro mówią, że dla powodzenia w niej istotny jest nie poziom rozwoju gospodarczego, lecz elastyczność gospodarki, a przede wszystkim rynku pracy, oraz zdrowa polityka fiskalna.

Reklama
Przypadek Finlandii pokazuje jednak, że nawet spełnienie tych warunków łącznie nie gwarantuje krajowi powodzenia w strefie euro. Finlandia należy do wyżej rozwiniętych krajów UE. PKB per capita z uwzględnieniem siły nabywczej był tam w 2017 r. wyższy niż średnia unijna i wyższy niż we Francji. Do wybuchu światowego kryzysu finansowego Finlandia uchodziła za jedną z najzdrowszych, najsolidniejszych i najbardziej konkurencyjnych gospodarek w UE. Od połowy lat 90. kraj systematycznie utrzymywał nadwyżkę budżetową, a relacja długu publicznego do PKB w 2008 r. nieznacznie przekraczała 30 proc. Finlandia umieszczana była na czele rankingów najbardziej konkurencyjnych gospodarek w Europie. W kolejnej dekadzie zmagała się jednak z kryzysem strukturalnej niekonkurencyjności i przeżywa długotrwałą recesję. Początkowe przyczyny kłopotów Finlandii nie były związane z euro: utrata pozycji światowej przez Nokię, spadek popytu na produkty przemysłu drzewnego i papierniczego, a wreszcie załamanie eksportu do Rosji w wyniku spadku cen ropy naftowej i sankcji. Przynależność do strefy euro i brak własnej waluty sprawiły jednak, że Finlandia nie mogła wyjść z tych kłopotów, tak jak udawało się jej to w przeszłości. Ostatnia recesja porównywana jest do kryzysu, jaki kraj przeszedł na początku lat 90., gdy wskutek rozpadu Związku Radzieckiego załamał się jej czołowy rynek zbytu. Finlandia miała jednak wówczas własną walutę, która uległa osłabieniu, poprawiając konkurencyjność gospodarki. Pojawiły się nowe branże i kierunki eksportowe. Gospodarka po okresie dostosowania zaczęła rosnąć. W przypadku ostatniej recesji kraj pozbawiony własnej waluty pogrążył się w wieloletniej stagnacji. Dopiero w 2017 r. PKB Finlandii powrócił do poziomu z roku 2007 i przekroczył go o niespełna 1 proc. Dla porównania: w tym okresie polski PKB wzrósł o 39 proc.
Doświadczenie Finlandii pokazuje, że brak własnej waluty może stać się poważnym problemem również w kraju o wysokim poziomie rozwoju gospodarczego, elastycznej gospodarce, którego rządowi trudno zarzucić błędy w polityce gospodarczej.
W polskiej dyskusji zaczynają dominować argumenty polityczne. Od dawna podnoszono, że wchodząc do strefy euro, znajdziemy się w centrum decyzyjnym UE, przez co będziemy mieli większy wpływ na sprawy Unii i obronę naszych interesów. Ostatnio popularny jest argument, który tak sfomułowali w artykule na pierwszej stronie „Rzeczypospolitej” redaktor naczelny oraz szef działu ekonomicznego tego dziennika:
„W naszym przekonaniu przyjęcie wspólnej waluty przypieczętuje obecność Polski w Unii Europejskiej. Będzie gwarancją, że opcja prozachodnia, którą wybraliśmy równo 30 lat temu, jest nieodwracalna. Przetnie wszelkie spekulacje, że jacyś politycy dla własnych korzyści doprowadzą kiedyś do polexitu (Bogusław Chrabota i Krzysztof Adam Kowalczyk, „Nie straszcie nas euro”, 16 kwietnia 2019 r.)”.
Mam zrozumienie dla motywów, jakimi kierują się autorzy tych słów. Ja również pragnę utrzymania przez Polskę opcji prozachodniej. Uważam także, że rozwój gospodarczy naszego kraju wymaga gwarancji dostępu do europejskiego rynku, a konsekwencje wyjścia z UE mogłyby być dla Polski dramatyczne. Jednakże argumenty polityczne mogłyby być zasadne tylko przy założeniu, że przyjęcie euro nie spowoduje problemów gospodarczych. W przeciwnym razie tracą sens. Jeśli należąca do strefy euro Polska popadnie w poważne kłopoty gospodarcze, to nasze możliwości wpływania na sprawy Unii zamiast wzrosnąć ‒ spadną. Staniemy się petentem, który ubiega się o pomoc i musi wykonywać instrukcje. Jeśli Polska zostanie dotknięta długą stagnacją gospodarczą i wzrostem bezrobocia, mogą pojawić się i urosnąć w siłę ruchy polityczne dążące do wyjścia ze strefy euro i UE. Tym samym wejście do strefy euro, zamiast zakotwiczyć Polskę w UE, może w konsekwencji wywołać polexit.
Posiadanie wspólnej waluty nie oznacza związku nierozerwalnego. Było w historii wiele unii walutowych, które zostały rozwiązane lub się rozpadły. Za naszej pamięci w początkowym okresie transformacji nastąpił rozpad Czechosłowacji. Wspólna waluta nie przeszkodziła wówczas Słowakom w podjęciu, zaskakującej dla wielu obserwatorów, decyzji o rozwiązaniu federacji z Czechami.
Pomysł związania Polski z UE za pomocą euro świadczy o braku zrozumienia lub zlekceważeniu ekonomicznych ryzyk wejścia do strefy euro oraz o braku wyobraźni co do możliwych politycznych skutków ewentualnego kryzysu gospodarczego.
Warto zachować zdrowy rozsądek. Pouczające są doświadczenia krajów nordyckich. Cała piątka tych krajów należy do europejskiego obszaru gospodarczego i ma dostęp do rynku unijnego, choć Islandia i Norwegia nie są członkami UE. Kraje nordyckie szczycą się tym, że mają jeden z najstarszych i najszerszych systemów współpracy regionalnej i aspirują do tego, by być najbardziej zintegrowanym regionem na świecie. Od 60 lat wewnątrz regionu nordyckiego nie ma kontroli granicznej, jest swobodny przepływ towarów, obowiązuje pełna swoboda przemieszczania się obywateli, wyboru miejsca osiedlenia i podejmowania pracy. Każdy z pięciu krajów nordyckich ma jednak inną walutę. Tylko Finlandia jest członkiem strefy euro.
Kraje nordyckie mają doświadczenia skandynawskiej unii walutowej, która łączyła Szwecję, Norwegię i Danię przez kilkadziesiąt lat przed wybuchem I wojny światowej. Dziś jednak nie uważają, aby dla rozwoju współpracy i integracji potrzebowały jednej waluty. Dania i Szwecja, podobnie jak Polska, są członkami UE, lecz nie należą do strefy euro. Dania posiada prawo derogacji, tzn. w ogóle nie podjęła zobowiązania do wprowadzenia euro. Duński bank centralny prowadzi politykę stałego kursu duńskiej korony wobec euro, ale polityka taka może w każdej chwili zostać zmieniona. Szwecja znajduje się w sytuacji prawnej analogicznej do Polski, gdyż nie posiada derogacji. W Danii i Szwecji euro zostało odrzucone w referendach, poparcie dla jego wprowadzenia jest obecnie jeszcze mniejsze niż w Polsce i nie ma planów, aby ponownie kwestię tę podejmować.
Nie należy pochopnie podejmować decyzji o przyjmowaniu euro. Należy uważnie obserwować i analizować sytuację w poszczególnych krajach unii walutowej, a także zmiany w mechanizmach funkcjonowania strefy. Zachowując wstrzemięźliwość w kwestii wchodzenia do strefy euro, Polska powinna starać się spełnić ekonomiczne kryteria członkostwa (w szczególności kryteria dotyczące wielkości deficytu budżetowego i długu publicznego oraz inflacji), gdyż jest to korzystne dla stabilności i bezpieczeństwa gospodarki.