Naszym atutem jest dostęp do polskiego rynku zbrojeniowego, który jest jednym z największych w Europie - Radosław Domagalski-Łabędzki, członek zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej.
Częścią kontraktu na zakup systemu Patriot za ponad 16 mld zł jest umowa offsetowa, czyli zakup technologii zbrojeniowych za prawie miliard złotych. Te technologie mają trafić do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Do których spółek konkretnie?
W przypadku offsetodawcy, jakim jest Lockheed Martin, chodzi dokładnie o pięć spółek: PGZ, Wojskowe Zakłady Lotnicze nr 2 i nr 1, Wojskowe Zakłady Uzbrojenia oraz Wojskowe Zakłady Elektroniczne. Negocjowaliśmy pozyskanie zobowiązań offsetowych z amerykańskimi spółkami LM i Raytheon. Z tą drugą wciąż rozmawiamy. Z pierwszą podpisaliśmy umowę pod koniec marca i jesteśmy bardzo zadowoleni z ostatecznego kształtu porozumienia. Jak wspomniałem, offsetobiorcą jest też PGZ – to jest zmiana, która nastąpiła na dwa tygodnie przed końcem negocjacji. Dwa kluczowe zobowiązania LM, które pierwotnie miały byś w spółce Mesko, są obecnie w PGZ.
Dlaczego PGZ, a nie Mesko?
Reklama
Te zdolności (know-how dotyczący produkcji – przyp. red.), które uzyskujemy, mają szersze zastosowanie niż tylko przedmiot działalności Mesko. To ważna zmiana. Choć oczywiście nie chcemy w żaden sposób deprecjonować roli Mesko. Ta spółka też będzie mogła korzystać z kompetencji, które nabyliśmy dla całej grupy kapitałowej.
Mesko ma duże trudności. Najpierw problemy z produkcją zestawów przeciwlotniczych Piorun, potem wielkie rozczarowanie przy pozyskiwaniu kompetencji przy programie Homar, w którym ostatecznie nie było offsetu. Teraz miał być offset przy „Wiśle” – to też nie wyszło. Ta spółka jest wygaszana?

Reklama
Absolutnie nie, wręcz przeciwnie.
To jakie konkretnie kompetencje zafundował PGZ podatnik?
Jeśli tak chce pan to ująć… Negocjując zobowiązania offsetowe, patrzymy na to w nieco węższym zakresie. Jesteśmy zobowiązani do tego, aby wykonać zapisy ustawy offsetowej: musimy uzyskać samoistne, niezależne od zagranicznego dostawcy zdolności.
Jakie konkretnie?
Zdolność do testowania i modelowania rakiet. Ale też inne funkcjonalności. Niestety szczegóły są niejawne. Mogę tylko powiedzieć, że pozyskamy wszystkie kompetencje, na których nam zależało.
Gdzie one dokładnie trafią? Powstanie nowy zakład PGZ?
Jest taka możliwość, ale decyzji jeszcze nie ma. Będzie to miejsce, gdzie mamy największe zasoby i szanse na rozwinięcie programu inwestycyjnego w sposób kosztowo racjonalny. Mamy kilka ciekawych lokalizacji. Decyzję podejmiemy na podstawie analiz finansowych.
Mówiło się o tym, że PGZ ma pozyskać kompetencje zarządzania projektami – na ich brak u was narzekają m.in. żołnierze.
Pewne braki, które mamy, można uzupełnić przez wsparcie partnerów. Tu zdolności te w ramach offsetu przy programie Wisła przekazać ma Raytheon. Pozyskanie tych kompetencji to szansa, i tylko od nas zależy, czy ją wykorzystamy. Czeka nas kilka lat dużego wysiłku, aby te funkcjonalności w praktyce wykorzystać. Budujemy potencjał, który ma nam zapewnić efektywne wykorzystanie „Wisły”.
W kuluarach można usłyszeć od obu stron, że negocjacje offsetowe były, delikatnie ujmując, trudne.
Finalnie, jeśli chodzi o Lock heed Martin, udało nam się te wszystkie problemy przezwyciężyć, a atmosfera była bardzo dobra. Z firmą Raytheon, jak już mówiłem, jeszcze negocjujemy. Tak czy inaczej, to nam otwiera szeroką perspektywę na partnerstwo przemysłowe w przyszłości, na co bardzo liczę.
W ostatnich latach PGZ podpisała kilkadziesiąt listów intencyjnych, często pojawiało się tam sformułowanie „partnerstwo przemysłowe”. Ale to się nie przełożyło na żadną kooperację.
To prawda. Ale teraz rozmawiamy stricte biznesowo. Szukamy projektów, które są korzystne zarówno dla naszych partnerów amerykańskich, jak i dla nas. Mamy coś wartościowego, czyli dostęp do rynku polskiego, który jest obecnie jednym z największych rynków uzbrojenia w Europie. To duży atut.
Sugeruje pan, że Amerykanie tego dostępu nie mają?
Łatwiej im będzie uzyskać ten dostęp we współpracy z nami.
Jak idą negocjacje z drugim amerykańskim partnerem, czyli koncernem Raytheon?
Ta umowa jeszcze nie została podpisana. Partnerzy wystąpili z prośbą o przedłużenie negocjacji do 15 kwietnia.
Co jest problemem?
Trudno mówić publicznie o takich sprawach, to byłoby nieeleganckie. Nasi partnerzy doskonale znają rozbieżności, rozmawiamy o nich. Podejście obu stron jest bardzo profesjonalne i to daje szansę na osiągnięcie korzystnego rezultatu.
Nie będzie tak jak z programem Homar, kiedy oczekiwania PGZ były gigantyczne, chęć do sprzedania technologii ze strony Lockheed Martin minimalna i do porozumienia nie doszło?
Ale sam pan zauważył, że polski podatnik już zapłacił za pewne zdolności przy zakupie systemu Patriot.
Mnie wciąż zdumiewa, że minister obrony podpisał umowę i wydał ponad 6 mld zł na ten program przed zawarciem umów wykonawczych ds. offsetu.
Taka kolejność wynika z prawa offsetowego w Polsce, na podstawie którego prowadzimy to postępowanie. Staramy się, aby całokształt tych umów pozwolił na funkcjonalne wykorzystanie pozyskanych zdolności. My musimy sfinansować przygotowanie do tej absorpcji know-how, pewne nakłady są konieczne. Są różne źródła finansowania, a my mamy spore możliwości pozyskiwania kapitału.
Państwo polskie inwestuje miliard złotych w zdolności PGZ, która do tego projektu też się dołoży finansowo. Polskie doświadczenia z offsetem są raczej niezadowalające. Gdzie PGZ będzie za pięć lat?
Pozyskiwane w ramach umów z Lockheed Martin zdolności dadzą nam szansę upgrade’u technologicznego. Czy to zrobimy, zależy od tego, czy będziemy w stanie tym efektywnie zarządzać. A to jest trudne. Jeśli chodzi o Raytheona, to negocjacje się nie skończyły. Nie wiemy, czy coś pozyskamy, tak więc za wcześnie, aby dokonywać oceny.
Dopuszcza pan możliwość, że nie dojdziecie do porozumienia z Raytheonem?
Wszystkie negocjacje są obarczone takim ryzykiem. Choć bardzo chciałbym osiągnąć korzystny rezultat. Podchodzimy do rozmów w dobrej wierze.
Co wtedy, gdy nie osiągniecie porozumienia?
Nie ma sensu straszyć możliwością niedojścia do porozumienia. To byłoby niekorzystne dla obu stron.
Czy umowy wykonawcze są tak skonstruowane, że kolejny zarząd, który pojawi się za pół roku, będzie musiał je realizować? Czy niestabilność kadrowa nie wpłynie na realizację offsetu?
A jaki miałby być powód pojawienia się nowego zarządu za pół roku?
Wybory. I to nawet, jeśli kolejny rząd będzie również tworzony przez Prawo i Sprawiedliwość.
Stara łacińska maksyma mówi „pacta sunt servanda” – umowy muszą być dotrzymywane. Bez zgody obu stron nie da się od nich odstąpić.