- Komisja Europejska często jest przedstawiana jako świat ekspertów, technokratów twardo stąpających po ziemi. Niestety, w ostatnich latach obserwujemy wyraźne jej upolitycznienie - mówi Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju



Wybiera się pan do Komisji Europejskiej na stanowisko komisarza?
Dosyć często bywam w Brukseli i rozmawiam z komisarzami, ale jako minister inwestycji i rozwoju w polskim rządzie. Mam swoją misję do wypełnienia i na tym się koncentruję.
Reklama
Otrzymał pan propozycję od premiera lub prezesa Kaczyńskiego zostania kandydatem na komisarza?
Kandydat na komisarza z Polski zostanie wskazany, gdy zacznie się formowanie nowej Komisji Europejskiej, czyli raczej nie wcześniej niż na jesieni tego roku. W obozie rządzącym mamy bardzo wielu dobrych kandydatów na to stanowisko – poczekajmy. Najpierw, w maju, mamy wybory do europarlamentu.

Reklama
W środę Polska rozpoczyna nieformalny dialog z Komisją Europejską. Czego będą dotyczyć te rozmowy?
Kształtu przyszłej perspektywy finansowej UE po 2020 r. W tym nieformalnym dialogu chcemy omówić z Komisją zasady programowania funduszy, szczególnie w obszarze polityki spójności, określić nasze cele i priorytety inwestycyjne, tak by rokowania poszły sprawniej, gdy już oficjalnie usiądziemy do stołu negocjacyjnego. Startujące rozmowy będziemy prowadzić równolegle do prac na forum UE. W tamtych chodzi głównie o kształt rozporządzeń, w których zawarte będzie otoczenie prawne dotyczące nowego okresu programowania. Tam jeszcze nie ma konkretnych liczb, bo to są osobne decyzje dotyczące wieloletnich ram finansowych. Prace nad przygotowaniem rozporządzeń są teraz intensywne. Toczą się na poziomie Rady Europejskiej i KE, następnie efekty tych prac są przekazywane do Parlamentu Europejskiego, który wyraża swoje stanowisko. Wstępną propozycję dotyczącą perspektywy finansowej na lata 2021‒2027 KE przedstawiła w maju zeszłego roku. Trzeba szczerze powiedzieć, że drugie półrocze 2018 r. nie było okresem zbyt intensywnych prac. Komisja sobie zaplanowała, by w miarę możliwości zamknąć rozmowy techniczne do końca czerwca br., czyli jeszcze za prezydencji rumuńskiej. W drugiej połowie roku odbyłyby się właściwe negocjacje finansowe. Plan zakłada, że w październiku odbędzie się szczyt szefów państw i premierów, a kolejny ‒ przypieczętowujący porozumienie ‒ w grudniu. To by oznaczało, że ramy prawne i finansowe na nową perspektywę finansową mielibyśmy uzgodnione na rok przed jej rozpoczęciem.
I wtedy będziecie mogli ogłosić, ile eurofunduszy Polska otrzyma na lata 2021‒2027?
Nie sądzę, by na tej październikowej radzie doszło już do porozumienia, to chyba zbyt optymistyczny scenariusz, bo wciąż ścierają się różne interesy państw członkowskich. Staramy się intensywnie uczestniczyć w tych dyskusjach ‒ albo w rozmowach bilateralnych, albo na większych forach. Faza rozmów w tym roku może być decydująca dla kształtu przyszłej perspektywy finansowej. Niedawno mieliśmy spotkanie państw przyjaciół polityki spójności w Chorwacji, kolejne będzie na jesieni.
Polski rząd w ten sposób buduje sojusze w tych negocjacjach?
Nad nową perspektywą unijną pracujemy praktycznie od momentu, gdy przejąłem stery w ministerstwie. Kluczową sprawą było zapewnienie jak najlepszych warunków dla polityki spójności na kolejne lata. Jeszcze trzy‒cztery lata temu wcale nie było oczywiste, że polityka spójności w ogóle będzie realizowana. Udało się jednak, wspólnie z naszymi partnerami, ją obronić. Pozostanie najważniejszą polityką inwestycyjną UE.
O co musicie teraz stoczyć bój z Komisją?
Dla nas ważną rzeczą jest wciąż infrastruktura, zwłaszcza transportowa. To ok. 1/3 wszystkich pieniędzy, które obecnie inwestujemy. Rozmawiamy o tym z Komisją, także nieformalnie. Efekty? Na przykład rozporządzenie dotyczące instrumentu CEF „Łącząc Europę”, które ma stworzyć transeuropejską sieć transportową TEN-T, jest dla Komisji priorytetem na te kolejne lata. W tym rozporządzeniu już zawarte jest to, o co zabiegaliśmy – a więc i Via Carpatia, i Centralny Port Komunikacyjny. A przecież żadna z tych inwestycji nie jest jeszcze w sieci TEN-T. Walczymy o kolejne zmiany. Komisja wcześniej zapowiedziała, że w następnej perspektywie nie będzie żadnego finansowania transportu lotniczego. Ale udało nam się wynegocjować, aby infrastruktura transportu lotniczego dotycząca systemów zapewnienia bezpieczeństwa i zarządzania ruchem była finansowana.
Komisja chce też zmniejszyć wysokość maksymalnego wkładu unijnego przy inwestycjach z dzisiejszych 85 proc. do 70 proc.
Prawdopodobieństwo tego scenariusza jest niestety naprawdę duże. Wynika on z apeli państw-płatników netto. Chodzi o to, by państwa najbardziej korzystające z eurofunduszy zwiększyły swoje zaangażowanie finansowe. Ale motywacją jest też to, że skoro pieniędzy unijnych ma być ogółem mniej, to niech skala inwestycji będzie podobna, co w ostatnich latach. Być może to słuszna idea. Gdyby ta decyzja dotyczyła całej koperty finansowej dla danego kraju, to byśmy sobie z tym jakoś poradzili. Po prostu w jednych obszarach mielibyśmy większą intensywność wsparcia unijnymi pieniędzmi, a w innych ‒ mniej priorytetowych ‒ mniejszą. Niestety, propozycja KE chce ustanowić niższy próg wsparcia na poziomie projektów. To oznacza, że np. biedniejsze samorządy, które dotąd musiały dokładać do projektów 15 proc. własnych środków, będą musiały dołożyć 30 proc. Czyli z ich punktu widzenia inwestycja będzie kosztować dwa razy więcej. To może być bardzo trudne do udźwignięcia dla wielu samorządów czy organizacji pozarządowych.
Zajmuje się pan funduszami europejskimi, często jeździ do Brukseli, typuje się pana na kandydata PiS do Komisji Europejskiej. Czy trochę pana nie mierzi, że kampania wyborcza, którą teraz obserwujemy, nie ma właściwie nic wspólnego z tematyką unijną czy europejską?
Raczej mierzi mnie fakt, że często polityki unijne są coraz bardziej upolitycznione. Chciałbym, by odróżniano działania dotyczące nas wszystkich, a więc np. zdrowia, edukacji czy gospodarki, od spraw czysto politycznych. Szczególnie tyczy się to Komisji Europejskiej. Często jest przedstawiana i sama się zresztą przedstawia jako pewien świat ekspertów, technokratów twardo stąpających po ziemi. Niestety, w ostatnich latach obserwujemy wyraźne upolitycznienie Komisji. Nie twierdzę, że wszyscy komisarze tacy są, bo jednym z takich chlubnych wyjątków jest komisarz ds. budżetu Günther Oettinger.
A komisarz Bieńkowska bardziej wam pomaga czy przeszkadza?
Staramy się utrzymywać dobre relacje z naszym polskim komisarzem.
PiS przygotował na te wybory tzw. deklarację europejską, składającą się z 12 punktów. W punkcie czwartym czytamy, że PiS „wynegocjuje korzystny dla Polski nowy budżet unijny”. Co to znaczy „korzystny” w świetle tego, że na lata 2014‒2020 z polityki spójności dostaliśmy ponad 82 mld euro?
Na razie nie chciałbym się uzewnętrzniać z tymi planami, tym bardziej że trwają negocjacje i to, co pan napisze, może być czytane nie tylko w Polsce, ale i za granicą. A nie jest dobrze przedwcześnie wykładać wszystkie karty na stół.
Tyle że to pusta deklaracja.
Widzę to inaczej. Składając ją, pokazujemy, że jest to dla nas bardzo ważna rzecz i myślimy długofalowo. Skoro 2/3 pieniędzy unijnych trafiających do Polski dotyczy polityki spójności, to naturalne, że obowiązek wynegocjowania dobrych warunków w dużej mierze spada na mój resort, ale negocjacje finansowe są prowadzone przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Oczywiście sama deklaracja nie wystarczy, to wszystko uciera się w rozmowach, także nieformalnych. Nasza pozycja jest coraz silniejsza i jestem dobrej myśli.
A brexit nie namiesza w tych planach?
Wielka Brytania jest dziś kompletnie nieprzewidywalna, nikt nie wie, co zdarzy się jutro czy za miesiąc. Bezumowny brexit rodzi perturbacje związane z wymianą handlową, inwestycjami czy przemieszczaniem się ludzi. Ale też finansowe, bo Wielka Brytania wkładała do unijnego budżetu 12‒14 mld euro rocznie, czyli ok. 10 proc. Tę dziurę trzeba jakoś zasypać. Albo kraje członkowskie zrobią zrzutkę i ją załatają, albo trzeba będzie wprowadzić cięcia w unijnych wydatkach.
Za którą opcją dziś opowiada się Polska?
Zdecydowanie za uzupełnieniem luki w budżecie. Ta kwestia jednak nie była jeszcze rozstrzygana, bo w porozumieniu wynegocjowanym z Londynem zawarto, że Wielka Brytania do 2023 r. będzie wpłacała środki do unijnego budżetu. Pytanie oczywiście, czy i z jakim rodzajem brexitu ostatecznie będziemy mieć do czynienia. Wielka Brytania zaznaczyła, że chce mieć swój kształt porozumienia i nie chce kopiować Norwegii czy Szwajcarii, które, nie należąc do UE, korzystają ze wspólnego rynku. W interesie UE nie jest też całkowite zamknięcie się na Wielką Brytanię. Dla nas ten kraj jest trzecim partnerem handlowym, mieszka tam prawie milion Polaków, podobnie jak Polska jest to kraj raczej konserwatywny, ceniący sobie wolny rynek czy relacje euroatlantyckie. Ale kto wie, być może do brexitu wcale nie dojdzie.
Czy eurofundusze po 2020 r. ruszą z dużym opóźnieniem?
Jeśli zakończymy negocjacje w grudniu, to byłby to pierwszy raz od kilkunastu lat, gdy do wynegocjowania nowej perspektywy finansowej doszło z tak znaczącym wyprzedzeniem. Rozporządzenia dla perspektywy na lata 2014‒2020 wynegocjowano w grudniu 2013 r., poprzednią na lata 2007‒2013 w październiku 2006 r. Niby przed startem perspektywy, ale później trzeba było jeszcze wynegocjować umowę partnerstwa i programy operacyjne. To miało swoje reperkusje, bo szereg krajów, w tym Polska, miał problemy z odkręceniem kurka z pieniędzmi. Gdy PiS przejęło władzę w połowie listopada 2015 r., wielkość wydatków poniesionych w kraju wynosiła dokładnie zero. Mieliśmy około roku opóźnienia, w innych krajach bywały nawet dwa lata. To przełożyło się na gospodarkę, bo powstała luka inwestycyjna, a następnie skumulowanie wydatków inwestycyjnych w krótkim czasie, co skutkowało wzrostem cen. Tak więc wczesne wynegocjowanie perspektywy finansowej to byłby duży komfort dla wszystkich. Na razie nie ma jednak zbyt wielkiego optymizmu. Ale mamy eurowybory, musi się uformować nowy europarlament, a w drugiej połowie roku nowy skład Komisji Europejskiej. Może być nawet tak, że październikowy szczyt będzie jeszcze ze starym składem Komisji, a grudniowy ‒ już z nowym. Druga połowa roku to prezydencja fińska. Kolejna ‒ chorwacka. Bardzo liczymy na ich skuteczność. W rozmowach kuluarowych wszyscy mówią tak: ostatnia prezydencja przed nową perspektywą finansową będzie niemiecka. I jeśli nie dogadamy się wcześniej, przyjdzie najsilniejszy kraj w całej UE i będzie musiał ze wszystkimi się dogadać. Problem w tym, że szereg krajów takich jak my nie jest zadowolonych z proponowanych przez KE cięć budżetowych. W naszym przypadku mówimy o cięciach rzędu 23 proc., ale Czesi, gdyby nie, nazwijmy to, specjalne zabiegi w metodzie określania wysokości alokacji, straciliby nawet 40 proc. Grecja też nie jest zadowolona, mimo że zyskuje 8‒9 proc., ale gdyby nie zmieniono zasad wyliczania eurofunduszy, zyskałaby 41‒42 proc. Z kolei kraje-płatnicy netto nie chcą zwiększać swoich wkładów do budżetu unijnego. Istnieje zagrożenie, że ci płatnicy będą zwlekać z decyzjami, bo to oznaczałoby, że ulegli presji słabszych. Dopiero ewentualne postawienie do pionu przez Niemcy, gdy obejmą prezydencję, może zdyscyplinować płatników i jednocześnie stanowić dla nich swego rodzaju alibi, gdyby ostatecznie ulegli naciskom.
Wróćmy na krajowe podwórko. Są dzisiaj prowadzone inwestycje rządowe i unijne w Warszawie czy nie?
Tak jak z funduszy europejskich korzystają Mazowsze i Warszawa, nie korzysta żaden inny polski region.
W kampanii samorządowej, w którą zaangażował się pan po stronie Patryka Jakiego, z jego sztabu poszedł przekaz, że jeśli wygra Rafał Trzaskowski, „Warszawa na lata będzie odcięta od funduszy z budżetu państwa na budowę metra, mostów i obwodnicy”.
Fundusze unijne są dla wszystkich samorządów, niezależnie od barw partyjnych. O planach na przyszłość rozmawiałem ze wszystkimi osobami, które przyszły i chciały ze mną i moim resortem współpracować. Taka była propozycja ze strony pana Jakiego.
Ale chyba nie spodziewał się pan, że w trakcie kampanii przyjdzie do pana Rafał Trzaskowski i poprosi o wsparcie i wspólną fotkę? Podejrzewam, że pan też nie byłby wtedy chętny na takie spotkanie.
Inwestycje zaplanowane dla Warszawy i Mazowsza są realizowane, mimo że stery w rządzie przejęło PiS. Budowa całej południowej obwodnicy stolicy, do tego dokończenie trasy nr S17 czy S8. Minister Adamczyk zapowiedział teraz poszerzenie autostrady A2 prowadzącej do Warszawy. Z Ministerstwem Sportu i Turystyki planujemy potężną inwestycję PPP dotyczącą zagospodarowania błoni Stadionu Narodowego. A pan mówi, że nic nie robimy. Jak rządy przejęła PO z PSL, od razu wycięła z planów inwestycyjnych S19 na wschodzie kraju, czyli Via Carpatia, chociaż środki na jej realizację były zarezerwowane.
Nie twierdzę, że nic nie robicie, tylko że wasze ostrzeżenia z kampanii samorządowej były irracjonalne.
Nie wiem, czy pan pamięta, ale gdy władza się zmieniła w 2007 r., przyjęto politykę wspierania silnych ośrodków gospodarczych, czyli dużych miast, kosztem mniejszych ośrodków i obszarów wiejskich. Wprowadzono polaryzacyjno-dyfuzyjny model rozwoju. Gdy na jednej z konferencji skrytykowałem ten model, przestano mnie zapraszać w ówczesnym Ministerstwie Rozwoju Regionalnego jako eksperta. Ale zaczęły mnie zapraszać Komisja Europejska czy Bank Światowy.
Ten model rozwoju kraju się nie sprawdził?
Problem w tym, że koncentracja wysiłków rozwojowych w dużych, silnych ośrodkach zachodziła, ale brak było dyfuzji rozwoju, co pogłębiało dysproporcje rozwojowe. Ponadto w miastach mieszkają osoby zazwyczaj lepiej wykształcone i elektorat bardziej przywiązany do PO. Tak więc ten model miał wymiar polityczny. Dziwię się, że PSL godziło się na taki model rozwoju, bo był on ewidentne niekorzystny szczególnie dla obszarów wiejskich. Analizy PAN pokazały, że takie podejście do procesów rozwojowych było błędne. Miasta nie stały się motorem napędowym dla całych regionów, a najlepszym tego przykładem jest Mazowsze. Aglomeracja warszawska to ponad 150 proc. średniego unijnego PKB, a pozostała część województwa ‒ zaledwie 59 proc. Dysproporcje są więc ogromne, dlatego my przyjęliśmy model zrównoważonego rozwoju i stanowimy pod tym względem wzór dla wielu innych krajów.