Jak będzie się rozwijała polska gospodarka w tym roku? Czy grozi nam na tyle silne spowolnienie tempa wzrostu, że trzeba będzie pomyśleć o stymulowaniu gospodarki większymi wydatkami publicznymi?

Uważam, że 2019 r., wbrew niektórym komentarzom, będzie dobry. To może nie będzie wzrost PKB rzędu aż 5 proc., a raczej bardziej zrównoważony około 3,5–4,0 proc., czyli dla potencjalnego wzrostu polskiej gospodarki. Wchodzimy w etap łagodnego cyklicznego spowolnienia, które jest zdrowe, bo zmniejsza napięcia na rynku pracy oraz ryzyko wzrostu inflacji czy deficytu handlowego, a tym samym podwyżek stóp procentowych. Co ważne, wchodzimy w okres spowolnienia z bardzo dobrymi parametrami ekonomicznymi – deficyt sektora finansów publicznych historycznie niski i bliski zera, inflacja poniżej 2 proc. i spadek cen ropy będzie ją obniżał w najbliższym czasie, silny wzrost wynagrodzeń o 7 proc. przy braku bezrobocia, ale przy delikatnym wzroście aktywności zawodowej, wzrost inwestycji o blisko 10 proc. oraz stabilny wzrost eksportu i zrównoważony bilans obrotów bieżących. Co najważniejsze dla trwałości wzrostu, to przyrost produktywności o ponad 4 proc. w 2018 r., który nawet przy szybkim wzroście płac realnych ogranicza zwiększenie się jednostkowych kosztów pracy, co jest kluczowe dla przedsiębiorców oraz konkurencyjności gospodarki. Koszty te rosną dużo szybkiej w innych krajach regionu. Warto też odnotować, że zadłużenie zagraniczne Polski, co było jednym z istotnych celów planu Morawieckiego, spadło w ciągu dwóch lat z poziomu 72,5 proc. PKB do około 64,0 proc.

Jednak ryzyka dla gospodarki też nie brakuje, podobnie jak wyzwań...

W wielu obszarach jest bardzo wiele do zrobienia, abyśmy rzeczywiście dogonili najbogatsze kraje świata. Po części działa syndrom „szklanki do połowy pustej”, ale oczywiście bilans ryzyka w światowej gospodarce przesunął się niebezpiecznie w negatywną stronę pod koniec roku. Zakładam, że nie dojdzie do jakichś nadzwyczajnych zdarzeń i nie grozi nam poważniejszy kryzys. Jednak trzeba też dostrzegać negatywne scenariusze, jak np. twardy brexit i w jego konsekwencji recesja w Wielkiej Brytanii, zawirowania na rynkach walutowych i giełdach z możliwością problemów niektórych dużych banków europejskich oraz Włoch i recesja w strefie euro.

Wygląda to prawie na powtórkę z lat 2008–2009?

Nie zakładałbym, że to się wydarzy, ale prawdopodobieństwo takiego scenariusza nie jest też małe i wynosi w mojej ocenie nawet około 20 proc. Do tego należy obserwować wypłacalność Turcji, sytuację polityczną i finansową we Włoszech oraz rozwój wojny handlowej, która zapewne będzie jednak miała przełożenie na realną gospodarkę w najbliższych kwartałach. Pewne restrykcje napędzały nawet handel w 2018 r., ale cykl zapasów oraz wejście pewnych barier może spowodować hamowanie gospodarki światowej w I i II kw. 2019 r. To antycypuje wejście amerykańskiego rynku akcji w fazę bessy, ponieważ korporacje z indeksu S&P500 blisko 2/3 zysków generują spoza USA. W Polsce zakładałbym nadal solidny wzrost.

Jednak w perspektywie długoterminowej problemów przybywa, a polityki gospodarcza czy społeczna zmieniają się razem z wyborczą zmianą.

Wyzwania zaczną się w kolejnych latach, głównie w związku z tym, że proces starzenia się społeczeństwa będzie coraz bardziej widoczny. I trudniej będzie wykorzystywać takie proste rezerwy, które ewidentnie się wyczerpują, także jeżeli chodzi np. o import kapitału i transfer technologii. Mamy kilka lat, żeby zbudować nasz własny przepis na polskie zaawansowane technologie oraz globalne marki. W języku ekonomicznym oznacza to dźwignię dla wzrostu produktywności oraz więcej kapitału i technologii w modelu wzrostu. To jest klucz do dobrobytu. Oczywiście znalezienie tego przepisu nie jest łatwe i trwałe przejście z gospodarek biedniejszych do najbogatszych udało się tylko kilku krajom na świecie. Ale jesteśmy na właściwej trajektorii, choć takie elementy, jak współpraca nauki z biznesem, energetyka czy spójność społeczna mogą nas z tej drogi zepchnąć. Uważam na przykład, że rosnąca polaryzacja polityczna polskiego społeczeństwa może stanowić już czynnik hamujący rozwój. Zawsze w historii na tym przegrywaliśmy. Dlatego jako fan Arystotelesa i zdecydowany zwolennik złotego środka życzę wszystkim w nowym roku większej jedności i obniżenia temperatury sporu politycznego! Choć zapewne w roku podwójnych wyborów nie będzie łatwo. Warto w Polsce wokół pewnych priorytetów budować konsensus, jak na przykład w sprawie obronności, polityki energetycznej czy systemu emerytalnego, czyli takich reform, jak pracownicze plany kapitałowe. Jeżeli chcemy mieć poziom rozwoju jak Niemcy, w których często ma miejsce tzw. wielka koalicja, czy kraje skandynawskie, to budujmy większą stabilność instytucji, zaufanie i co najmniej w ważnych sprawach osiągajmy konsensus.

Mamy już pierwsze propozycje PO: zmiany w systemie podatkowym oraz rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko. To lekko licząc koszt od 50 do 70 mld zł. W PiS też słychać jakieś propozycje obniżki obciążeń podatkowych. Czyli grozi nam licytacja w skali, jakiej w Polsce jeszcze nigdy nie było.

Na pewno w przyszłym roku pojawi się wiele pomysłów w kontekście kampanii wyborczej. Tu oczywiście ważna będzie równowaga pomiędzy obietnicami socjalnymi a możliwościami finansów publicznych. Nie wszystkie propozycje podatkowe muszą jednak oznaczać załamanie finansów publicznych. W Stanach Zjednoczonych Donald Trump przeprowadził jedną z większych w historii obniżek podatków i przełożyło się to bardzo mocno na wzrost inwestycji, na rozwój gospodarczy, sytuację na rynku pracy, co w efekcie spowodowało, że deficyt nie wzrósł istotnie. Mamy nawet do czynienia ze spadkiem długu publicznego. Wszystko zależy, jak ewentualne ulgi podatkowe są skonstruowane, czasami mogą one przynieść zwiększenie wpływów podatkowych poprzez ograniczanie np. szarej strefy. To, co jest ważne w Polsce, to uproszczenie systemu oraz zmniejszenie efektywnego opodatkowania osób o niższych dochodach. Warto, by to wszystko było dobrze policzone.

A polityka społeczna?

Na pewno musimy się zmierzyć z takimi kwestiami, jak progresywność systemu podatkowego. Priorytetem powinno być zmniejszenie realnych obciążeń osób niżej zarabiających. Druga sprawa to polityka senioralna i prorodzinna, ale tutaj uważam, że priorytetem powinna być poprawa infrastruktury dla seniorów, rodzin i dzieci oraz ułatwienie powrotu do pracy czy aktywizacja zawodowa seniorów.

Jak pojawia się jakakolwiek transakcja na rynku, to zaraz mamy spekulacje, czy zainteresowany przejęciem lub udziałami nie będzie Polski Fundusz Rozwoju. Czy nie ma presji politycznej, by PFR angażował się w projekty nie zawsze dobrze oceniane ekonomicznie, ale istotne dla władzy?

Przede wszystkim miło mi, że PFR ma silną markę i wiarygodność na rynku. Mamy bardzo profesjonalny zespół, jesteśmy postrzegani jako sprawna instytucja, która ma zdolność realizacji takich projektów inwestycyjnych. I też widzimy spore zainteresowanie ze strony inwestorów z Polski i z zagranicy różnego typu inwestycjami. Każda z nich ma swoje uzasadnienie ekonomiczne. Stworzyliśmy wysokie standardy ładu korporacyjnego, które zabezpieczają, że transakcje mają charakter rynkowy. Ponad połowa członków rady PFR musi być niezależna, nasz statut mówi, że stopy zwrotu z inwestycji powinny być rynkowe i każda decyzja inwestycyjna jest podejmowana przez niezależny komitet inwestycyjny przy funduszu. I w ten sposób gwarantujemy, że wszystkie decyzje inwestycyjne mają test rynkowy. Ja nie ukrywam, że zależy mi również, by PFR był postrzegany jako swego rodzaju moderator pewnych programów gospodarczych i instytucja, która wzmacnia prywatny rynek kapitałowy. Działając jako fundusz funduszy dla rynku venture capital lub private equity czy poprzez wdrożenie PPK, chcemy być instytucją, która przede wszystkim przyczynia się do budowy silnego lokalnego rynku kapitałowego, który w najbogatszych krajach jest bazą finansowania rozwoju prywatnego sektora przedsiębiorstw, inwestycji infrastrukturalnych czy innowacji. Natomiast w pewnym zakresie inwestycje bezpośrednie, głównie jako partner finansowy, są uzasadnione. Nie ma wątpliwości, że nabycie Pekao w sytuacji, gdy jego właściciel UniCredit miał problemy, było transakcją wręcz w tamtym momencie niezbędną i wiedzą o tym dobrze także krytycy tej inwestycji, którzy lepiej rozumieją sytuację włoskich banków.

Jak PFR traktuje inwestycję w Bank Pekao? Czy celem jest pobieranie jedynie dywidendy, a może są już plany sprzedaży waszego pakietu akcji?

Nie myślimy w tej chwili o sprzedaży, a naszą obecność traktujemy jak długoterminową inwestycję finansową. W chwili gdy jej dokonywaliśmy, chodziło wprost o zapewnienie bezpieczeństwa drugiego banku w Polsce oraz wspieraliśmy PZU w ich strategii inwestowania w tym sektorze. Uważam, że Bank Pekao ma duży potencjał rozwoju, który cały czas jest niewykorzystany. Bank powinien się skoncentrować na szybkiej transformacji cyfrowej, inwestycjach technologicznych, rozwoju w segmentach małych i średnich firm oraz unowocześnieniu oferty detalicznej.

W Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju PFR był definiowany jako zamachowe koło inwestycyjne i inicjator innowacji, ale można odnieść wrażenie, że ma wizerunek instytucji służącej do rozwiązywania doraźnych problemów.

Nie do końca się zgadzam. Oczywiście jesteśmy znani z kilku takich dużych transakcji, które ja nazywam sytuacjami specjalnymi, typu przejęcie znajdującej się w problemach Pesy. Natomiast absolutnie wierzę, że to była wartościowa inwestycja, zbudowany został atrakcyjny potencjał przemysłowy firmy, która znalazła się na pewnym zakręcie finansowym i dzięki naszemu pojawieniu się firma ma możliwość wyjścia z tych problemów, mając atrakcyjny portfel zamówień. I jednocześnie mówimy o 4 tys. miejsc pracy… Nie mamy zbyt wiele polskich firm z własnym produktem, a Pesa jako producent taboru kolejowego jest takim podmiotem. Natomiast dużo więcej robimy w ogóle w obszarach tworzenia sprzyjających warunków rozwojowi inwestycji, gdzie bardzo aktywne są także inne instytucje grupy PFR, jak PAIH, który stworzył ponad 50 przedstawicielstw zagranicznych i notujemy wzrost obsługiwanych inwestycji, KUKE z silnym wzrostem ubezpieczeń eksportowych, PARP z choćby sprawnie realizowanym programem Polski wschodniej, BGK z wzrostem finansowania małych i średnich firm w ramach de minimis czy ARP przyciągająca do Polski duże inwestycje w obszarze elektromobilności.

A jeżeli chodzi o miniony rok na rynku finansowym? Afera GetBacku, nowe problemy z Getin Noble Bankiem i skandale, które wybuchły w Komisji Nadzoru Finansowego. Nagle to wszystko zaczęło się składać jak domek z kart.

Tu jest kilka kwestii. Rzeczywiście to nie był dobry rok, jeśli chodzi o reputację rynku kapitałowego i nadzoru. Zaufanie do tego rynku zostało nadwerężone. I teraz jest rolą i nadzoru, i środowiska, żeby tę reputację odbudować. Bo kiedyś rynek kapitałowy w Polsce, giełda, były kojarzone bardzo pozytywnie jako symbol zmian gospodarczych w naszym kraju. GPW powinna być kojarzona jako miejsce, gdzie przedsiębiorcy mogą pozyskać kapitał, a oszczędzający mogą w sposób atrakcyjny dokonać inwestycji. I to wszystko powinno być możliwie przejrzyste i bezpieczne. Jeżeli chodzi o aferę GetBacku, to ona pokazała wiele słabości, jeżeli chodzi o dojrzałość tego rynku.

A być może też jakość nadzoru?

Tak. Dlatego powiedziałem – dojrzałość rynku jako całość. Informacje publicznie dostępne na temat GetBack mówią, że miały w tej spółce miejsce zwyczajne przestępstwa oszustwa i kradzieży środków od dłuższego czasu. Natomiast pierwsze doniesienie w tej sprawie złożył akurat PFR, za co notabene byliśmy atakowani. Teraz przechodzimy bolesny okres dojrzewania. Zawsze będą upadłości firm i nieprawidłowości. Pytanie, jak sobie z nimi radzimy. Wydaje mi się, że w Polsce głównym problemem było to, że pewne nieprawidłowości były zbyt późno identyfikowane, a jednocześnie nie było nieuchronności kar. Czyli się pewne sprawy rozmywały, a tymczasem w USA wymiar sprawiedliwości i nadzór finansowy w sytuacji nieprawidłowości działają szybko i bez taryfy ulgowej.

Więc nie tylko jest problem jakości, ale mamy też słabość przepisów regulujących rynki finansowe.

Jestem przekonany, że w Polsce nadzór nad sektorem bankowym jest jednym z lepszych na świecie. I prawdą jest, że sektor bankowy jest bezpieczny, ma jeden z najwyższych poziomów kapitałów, bardzo dobrą płynność. Co nie znaczy, że punktowe ryzyko w nim nie występuje. Natomiast nie ma ono charakteru systemowego. Natomiast jeżeli chodzi o nadzór nad rynkiem kapitałowym, to rzeczywiście fundusze i obrót nimi to jest spore wyzwanie przed KNF, żeby poprawić sytuację, jeśli chodzi o szybkość postępowań czy zatwierdzanie prospektów, szybkość analizy informacji. Mamy nowego przewodniczącego i jestem przekonany, że jest to osoba o bardzo dobrych kompetencjach, która to zrobi, a środowisko rynku finansowego powinno w tym pomóc.

Tylko ci dobrzy fachowcy, jak popatrzą, że mogą być w każdej chwili wyciągnięci z mieszkania w kajdankach, jak były wiceprzewodniczący Wojciech Kwaśniak, to dwa razy się zastanowią, zanim przyjdą do pracy dla państwa.

Ostatnie informacje dotyczące zarzutów dla urzędników KNF w sprawie SKOK Wołomin odebrałem z najwyższym niepokojem. Pamiętam informację o pobiciu Wojciecha Kwaśniaka kilka lat temu, która mnie wtedy zszokowała. Ma on istotny wkład w bezpieczeństwo i rozwój polskiego sektora bankowego. Z podobnym niepokojem odbierałem kiedyś informacje o zarzutach dla szefa CBA Mariusza Kamińskiego.

To nie są jednak sytuacje porównywalne.

Warto przypomnieć, że w 2005 r. Polska miała niechlubne 70. miejsce – najsłabsze od początku lat 90. – w światowym Indeksie Percepcji Korupcji. Od momentu utworzenia CBA ma miejsce trend spadku korupcji w Polsce i zajmujemy obecnie 36. miejsce. Mówię o tym, ponieważ korupcja ma potężne koszty gospodarcze i społeczne, a inwestycja w stworzenie CBA była zapewne jednym z najlepszych interesów państwa polskiego w ostat nich 30 latach. Istotny wkład w tym zakresie ma właśnie Mariusz Kamiński. Nie można mylić przestępców z tymi, którzy ich ścigają, choć oczywiście nie mam wiedzy procesowej. Jednak co do zasady państwo powinno dbać o osoby, które dla niego pracują i podejmują trudne decyzje. Jestem zwolennikiem wyższej ochrony prawnej – dodatkowej autoryzacji możliwości postawienia zarzutów – wszystkich urzędników, którzy zajmują się nadzorem nad rynkiem finansowym, ściganiem przestępstw podatkowych czy korupcji. W przypadku KNF są nawet stosowne rekomendacje komitetu bazylejskiego, żeby urzędnicy mieli wyższy poziom ochrony prawnej, bo są narażeni na to, że druga strona będzie chciała podważyć ich reputację i wpłynąć na ich decyzje. Wyższa ochrona prawna urzędników KNF to większa niezależność nadzoru. 

Cały wywiad na Dziennik.pl