Na pytanie, ile Agencja Rozwoju Przemysłu, która jest jednoosobową spółką Skarbu Państwa, wydała na zakup Stoczni Gdańskiej, udało mi się uzyskać dosyć wyczerpującą odpowiedź. – Nie ujawniamy informacji na temat ceny transakcji zakupu Stoczni Gdańsk i GSG Towers.
Informacja o cenie stanowi bowiem tajemnicę przedsiębiorstwa i nie może zostać udostępniona z uwagi na jej ściśle poufny, wrażliwy oraz wartościowy, z punktu widzenia spółek biorących udział w transakcji, charakter – odpowiedziała mi rzecznik prasowa ARP Ilona Kachniarz. Transakcja została ogłoszona w lipcu. Podatnicy wydają więc pieniądze (nie wiedzą jak duże) na zakup spółki, którą kontrolował ukraiński milioner. Ironią losu jest to, że zanim w 2007 r., za pierwszych rządów Prawa i Sprawiedliwości, głównym udziałowcem stali się nasi wschodni sąsiedzi, duży pakiet udziałów stoczni posiadała właśnie… Agencja Rozwoju Przemysłu. Za ile wtedy sprzedała, też w sumie trudno powiedzieć.
Jako że hasło „repolonizacja” jest przez obecny rząd odmieniane przez wszystkie przypadki, nie powinno to dziwić. I o ile faktycznie stoi za tym roztropny plan i z jakichś powodów uznamy, że to branża o znaczeniu strategicznym, że państwo będzie tu bardziej wydajne niż prywaciarz, to jako podatnicy powinniśmy się cieszyć. Warto przytoczyć wyjaśnienie Andrzeja Kensboka, wiceprezesa ARP, zamieszczone na stronie agencji. „Samo przejęcie Stoczni Gdańsk i GSG Towers ma dla nas charakter biznesowy, oparty na rzetelnych analizach i dobrej koniunkturze na rynku stoczniowym. W obu firmach chcemy, po przeprowadzonych analizach, wprowadzić usprawnienia: od sposobu zarządzania procesem produkcji przez system płacowy do skutecznego pozyskiwania rentownych kontraktów. Zarząd Stoczni Gdańsk i GSG Towers przy naszym wsparciu pracował nad tym od trzech miesięcy. Teraz swoje plany może zacząć realizować, a w ciągu kilku miesięcy zaprezentować strategię rozwoju na najbliższe lata” – wyjaśniał.
Reklama
Można się zastanawiać, dlaczego prywatny przedsiębiorca nie był w stanie pozyskać rentownych kontraktów, a państwo takiej sztuki dokona. Nie zmienia to faktu, że podatnik wydał bliżej nieokreśloną kwotę na podmiot, dla którego w chwili zakupu nie było strategii rozwoju. W sumie nie powinno to dziwić. Na początku czerwca, gdy wydawało się, że cztery państwowe stocznie trafią z Ministerstwa Obrony Narodowej pod nadzór Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, jego szef minister Marek Gróbarczyk tak mówił na naszych łamach o strategii: „Jest przygotowywana. Ogłosimy ją w momencie, gdy będziemy mieli te aktywa [stocznie]”. Mechanizm był więc ten sam: przejmujemy albo chcemy coś przejąć i szukamy pomysłu, co z tym zrobić. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby to ktoś robił za swoje pieniądze. Jak ma, to może podejmować nawet najgłupsze decyzje. Kto bogatemu zabroni? Ale problem w tym, że to są pieniądze publiczne, które pochodzą od podatników.
Warto spojrzeć na rachunek za stocznie z ostatnich kilkunastu miesięcy. Mamy bliżej niezidentyfikowaną kwotę na Stocznię Gdańską, ponad 200 mln zł na zakup Stoczni Marynarki Wojennej od syndyka, 100 mln na Szczeciński Park Przemysłowy, czyli tak naprawdę teren po dawnej Stoczni Szczecińskiej, i kilkadziesiąt milionów złotych, które Polska Grupa Zbrojeniowa pożyczyła m.in. stoczniom Gryfia i Nauta. Nawet pomijając ostatni zakup w Gdańsku, jest to, lekko licząc, ponad 400 mln zł.

Reklama
Rząd nadal nie zaprezentował żadnego spójnego pomysłu, co z tymi stoczniami zrobić. Po tym, gdy już Ministerstwu Obrony udało się przejąć kontrolę nad wszystkimi podmiotami państwowymi budującymi okręty, tak naprawdę… wstrzymano decyzję w sprawie zakupu nowych okrętów. Programy Miecznik i Czapla, które miały dać pracę polskim stoczniom, zostały odłożone na bliżej nieokreśloną przyszłość. Mrzonki o budowie okrętów podwodnych w Polsce rozwiały się wraz z odejściem z MON Antoniego Macierewicza. Za to najdłużej, bo od 2001 r., powstający okręt w historii III RP – patrolowiec Ślązak (wcześniej znany jako korweta Gawron) wciąż… jest budowany. Jeśli chodzi o Szczecin, to miała tam ruszyć budowa promów dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. W połowie lipca przedstawiciele biura konstrukcyjnego zapowiedzieli, że plany wodowania pierwszej jednostki będą przełożone o kilkanaście miesięcy.
Trudno jest znaleźć racjonalne wytłumaczenie dla nonszalancji wydatkowej polskiego rządu i „przepalenia” setek milionów złotych bez roztropnego planu. Zapewne częściowo składa się na to silna pozycja polityczna związanego ze Szczecinem Joachima Brudzińskiego, może trochę względy historyczne związane z kolebką Solidarności, być może też pewna mania wielkości Antoniego Macierewicza czy efektowne zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego o repolonizacji.
A oto oficjalna odpowiedź z Ministerstwa Gospodarki Morskiej: „Nie istnieje jednolity dokument dot. strategii przemysłu stoczniowego. Niemniej samo powstanie MGMiŻŚ było zwróceniem uwagi na sektor stoczniowy, który po wielu latach zaniedbań znalazł istotne miejsce w strukturze działań polskiego rządu. Strategia obecnie polega na konsolidacji w naszym resorcie jurysdykcji nad całym sektorem stoczniowym w Polsce”.
Dobrym podsumowaniem sytuacji jest to, że ten resort istnieje już prawie trzy lata, a większość państwowych stoczni wciąż jest nadzorowanych przez MON.