Nie słabnie zainteresowanie inwestycjami w produkty strukturyzowane, które przyciągają gwarancją braku straty kapitału (w większości przypadków) i obiecują wysokie zyski. Wszystko dzięki konstrukcji opartej na obligacji zerokuponowej, która daje gwarancję kapitału i opcji, która ma dawać zyski. W zależności od konstrukcji można zarabiać na wzrostach, ale też na spadkach aktywa bazowego, czyli np. akcji, indeksów czy cen surowców.

Z danych zebranych przez wortal Structus.pl wynika, że w styczniu 2009 r. pojawiło się 27 subskrypcji, w lutym zaś było ich 30. Z danych zebranych przez analityków www.structuredretailproducts.com w 275 tego typu produktach ulokowaliśmy około 5,1 mld zł. W 2007 roku było to około 3,8 mld zł.

- Te dane to tylko szacunki, bo wiele subskrybcji jest robionych tylko dla kilku, kilkunastu inwestorów i informacje o nich nie są upubliczniane - mówi Marcin Krasoń, analityk Open Finance.

Eksperci szacują, że w tym roku tego typu produkty będą cieszyły się jeszcze większym zainteresowaniem.

- Spodziewam się, że Polacy ulokują w nich w tym roku około 7,5 mld zł - mówi Maciej Kossowski, prezes Wealth Solutions.

Jakie zyski

Postanowiliśmy więc sprawdzić, na co mogli liczyć klienci, którzy kupili takie produkty dwa, trzy lata temu, a które zakończyły się w styczniu i lutym tego roku. Jak widać z zestawienia, większość z nich dała zarobić, choć trudno mówić o oszałamiających zyskach. Warto jednak porównać te wyniki z zyskami - czy raczej w większości przypadków stratami - na innych inwestycjach.

Niestety, od większości z nich trzeba odjąć podatek Belki, bo były one oferowane w formie lokaty bankowej lub obligacji. Obciążenia można było uniknąć tylko w Noble Banku, bo tu produkt miał formę polisy ubezpieczeniowej.

Od strony biznesowej najbardziej spośród porównywanych emisji zyskał Bank Pocztowy, dzięki dobrej akcji marketingowej produktu, w którym zyski zależały od liczby medali zdobytych przez Polaków na igrzyskach olimpijskich. Tych było mało, więc klienci zarobili niecałe 2 proc. w pół roku, a do banku trafiło 45 mln zł lokat.

Pewny tylko brak straty

Na przykładzie Millenium banku widać, że nikt nie ma monopolu na trafne inwestycje. Z jednej strony lokata Himalaya Max Driver dała najlepsze z wygasających ostatnio struktur zyski, ale inne struktury już nie zachwyciły.

- W tym pierwszym przypadku były dobre rezultaty ze względu na uśrednianie, które pozwoliło zachować część zysków z czasu hossy - mówi Marcin Krasoń.

Wyjaśnia, że zwykle do liczenia stopy zwrotu bierze się pod uwagę wartości początkową i końcową. Jeśli występuje uśrednianie na koniec inwestycji, wtedy do obliczeń bierzemy średnią z kilku odczytów - robionych na przykład w ostatnim roku czy kwartale inwestycji.

- Taki zabieg pozwala zamortyzować wahania aktywa bazowego na końcu okresu trwania lokaty, ale z drugiej strony zmniejsza nieco potencjał zysku - mówi Marcin Krasoń.

Jego zastosowanie pozwoliło uratować również inwestującym z Bankiem BPH jakiekolwiek zyski.

- Tu klient otrzymywał wybór nie tylko waluty, lecz także i tego, czy chce gwarantowane 3 proc. i 45 proc. udziału w zyskach, czy chce tylko gwarancję braku straty kapitału, ale z 90 proc. partycypacji. Jak widać, lepiej wyszli ci, co podjęli ryzyko - mówi Marcin Krasoń.

Kiedy wejść, a kiedy wyjść

Okazuje się też, że warto aktywnie obserwować rynek i wcześniej pozbywać się struktur na rynku wtórnym, o ile to jest możliwe. Certyfikaty strukturyzowane mogą być wprowadzane na giełdę, obligacjami też można handlować, ale już lokaty czy polisy trzeba po prostu zerwać.

Na przykład Millennium China Banks w trakcie trwania umowy na rynku wtórnym dochodził do 150 proc. wartości początkowej, część inwestorów to wykorzystała i sprzedała z zyskiem. Kryzys spowodował jednak, że ostatecznie inwestorzy, którzy doczekali do końca, nie zarobili nic.

- W tego typu produktach ważny jest właściwy wybór przez emitenta aktywa bazowego i czasu startu. Na przykład w 2007 roku lokata Millenium China Petroleum dała 54 proc. zysku w pół roku - mówi Marcin Krasoń.

Istotne też było, czy struktura była w złotych czy w dolarach lub euro, choć w okresach subskrybcji porównywanych produktów, czyli na początku 2006 czy 2007 roku, notowania były podobne do dzisiejszych.

- Ale podobne może oznaczać różnicę rzędu 3-5 proc. na plus lub na minus. To, czy będzie to różnica z korzyścią dla inwestora, zależy od tego, kiedy kupował on walutę - mówi Marcin Krasoń.