Branża ma coraz większe kłopoty finansowe. Sytuację przedsiębiorstw realizujących publiczne kontrakty miałyby poprawić między innymi wcześniejsze płatności.
Reklama
Jednym z głównych problemów są rosnące ceny materiałów i robocizny – alarmują przedstawiciele firm budowlanych. To często prowadzi do kłopotów finansowych. Według budowlańców w ostatnim roku ceny robocizny wzrosły o 20 proc., a materiałów średnio o 30 proc. Rekordowo podskoczyły ceny stali – aż o 67 proc. Z kolei usługi podwykonawcze w branży kanalizacyjnej miały zdrożeć aż o 100 proc.
Długi czas upływający od momentu składania ofert do rozstrzygnięcia przetargu powoduje, że firmy coraz częściej uznają, że nie opłaca im się realizować przetargu za zgłoszoną wcześniej cenę. Tak było niedawno w przypadku przetargu na budowę trasy S3 w woj. dolnośląskim, od Kamiennej Góry do granicy z Czechami. Budimex, który przedstawił najniższą ofertę, uznał, że nie przedłuży jej ważności.
Zdarza się, że w przetargach nie zgłasza się żadna firma lub składana jest tylko jedna oferta. Propozycje znacznie też przekraczają kosztorysy. Tak było w przypadku przetargu na budowę i rozbudowę dróg 681 i 682 na Podlasiu. W pierwszym przetargu zgłoszono cenę 150 mln zł. Został unieważniony, bo kwota o 20 proc. przekroczyła budżet inwestora. W drugim konkursie zamawiający znacznie ograniczył zakres prac, a mimo to cena podskoczyła do 200 mln zł.
Problemy pojawiają się przy przetargach kolejowych. W niedawnym konkursie na remont torów z Łap do Ostrołęki nie zgłosił się nikt. Te przykłady potwierdzają, że realizacja inwestycji drogowych i kolejowych może się opóźniać.
Według danych BIG InfoMonitor liczba budowlanych dłużników wynosi już 39 382. Odsetek firm budowlanych, które mają kłopoty, przez ostatnie sześć miesięcy wzrósł z 4,9 proc. do 5,7 proc. – Najbardziej niepokojący jest fakt, że zjawiska te obserwujemy w sytuacji, gdy firmy mają pełne portfele zamówień, a szczyt prac dopiero się rozpoczyna – alarmuje Rafał Sebastian Bałdys, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Ryzyko, że dojdzie do kolejnej fali upadłości w sektorze, jak też wśród firm z nim powiązanych, jest coraz większe. Tym razem jednak może dotknąć też przedsiębiorstw, które obronną ręką wyszły z poprzedniego kryzysu na placach budów. Scenariusz zaczyna łudząco przypominać sytuację z lat 2012–2015, kiedy to upadało rocznie ponad 150, a nawet i ponad 200 firm budowlanych, i w cztery lata pracę straciło 90 tys. osób – dodaje. Firmy budowlane nie płacąc, pogrążają swoich dostawców i podwykonawców. Tylko w lutym przyczyniły się do bankructwa 13 przedsiębiorstw.
W Ministerstwie Infrastruktury zaczynają dostrzegać te problemy. Wczoraj dyskutowano o nich wspólnie z przedstawicielami branży oraz Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Urzędnicy rozważają wprowadzenie rozwiązań, które miałyby wyjść naprzeciw oczekiwaniom firm budowlanych. Przede wszystkim tych, które realizują kontrakty publiczne – na budowę dróg czy remonty torów. Po pierwsze w grę wchodzą tzw. płatności tymczasowe. Teraz firmy otrzymują zapłatę po wykonaniu określonego etapu prac. Pomysł jest taki, by otrzymywały je znacznie wcześniej. To miałoby spowodować, że przedsiębiorcy nie będą tracić płynności finansowej. Resort infrastruktury nie wyklucza także możliwości zawierania ugody w sytuacji, kiedy firma poniosła na kontrakcie rażącą stratę.
– To rozwiązania, które mogą iść w dobrym kierunku. Na razie jednak nie zapadły ostateczne decyzje – podkreśla Barbara Dzeciuchowicz, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa. – Szukamy rozwiązań, które pozwolą ochronić interes Skarbu Państwa, a jednocześnie pomogą usprawnić płynność inwestycji – tłumaczy Jan Krynicki, rzecznik GDDKiA. Następne spotkanie urzędników z branżą budowlaną odbędzie się za dwa tygodnie.
Firmy liczą na doraźne rozwiązania, które zabezpieczą ich interesy, a jednocześnie walczą o wprowadzenie realnej waloryzacji kontraktów, która uwzględni faktyczny wzrost cen. Wprawdzie od prawie czterech lat są one waloryzowane, ale według budowlańców ten mechanizm nie uwzględnia faktycznych wzrostów kosztów. Opiera się na publikowanym przez Główny Urząd Statystyczny wskaźniku „Cen robót budowlano-montażowych i obiektów budowlanych”. Według firm błąd tkwi w metodologii liczenia tego wskaźnika, który opiera się na kontraktach z ceną ryczałtową. Przedstawiciele GUS przyznają, że trzeba opracować lepszy branżowy wskaźnik, ale jak zaznaczają, może to potrwać nawet dwa–trzy lata.
Firmy walczą o wprowadzenie realnej waloryzacji kontraktów