Trwa festiwal komunikatów dotyczących transakcji opcyjnych zawieranych przez przedsiębiorstwa. Jeszcze w maju 2008 r. odpowiedzialny za sprawy finansowe wiceprezes spółki Odlewnie Leszek Walczyk mówił w wywiadach: Efektywnie stosujemy zabezpieczenie na rynku walutowym.

80 proc. sprzedaży jest zabezpieczone kontraktami terminowymi i o taką ochronę jest spokojny do końca roku, chwaląc się dodatkowym zyskiem. Spokój szybko minął i spółka z powodu strat w transakcjach, które miały być zabezpieczające, składa wniosek o upadłość.

Firma Paged ogłasza, że na koniec roku wycena z tytułu transakcji opcjami walutowymi to - 53 mln zł. Wartość księgowa firmy to około 140 mln zł, a przychody za III kw. 2008 r. to 80 mln zł. Albo więc firma oczekiwała fantastycznych zysków ze sprzedaży swoich produktów w walucie, albo postanowiła zabezpieczyć całą branżę.

Jednym z największych udziałowców w Pagedzie jest Opera TFI, której flagowy fundusz Opera FIZ ogłosił w IV kwartale stratę w wysokości 55 proc. aktywów. W intencji twórców miał to być polski fundusz hedge, wykorzystujący mnogość rynków i instrumenty pochodne, które wykorzystane do spekulacji i zabezpieczenia mogą przynosić zyski nawet w czasie dekoniunktury. Po opublikowaniu wyniku za IV kwartał prezes firmy Maciej Kwiatkowski wysyła do klientów list, w którym posypuje głowę popiołem i tłumaczy się z wyniku: Zgodnie z naszymi prognozami i przyjętą strategią staraliśmy się chociaż częściowo zabezpieczać inwestycje na rynku akcji innymi inwestycjami, które zwykle zachowują się odwrotnie. Dobrym przykładem jest złoto, którym zabezpieczaliśmy w październiku znaczną część portfela. Tymczasem w ciągu jednego dnia października zarówno złoto, jak i akcje spadły o 10 proc. W efekcie straty sumowały się, zamiast kompensować.

Zabezpieczanie jednych aktywów innymi to właściwie spekulacja, zwłaszcza gdy korelacja między miesięcznymi stopami zwrotu obu instrumentów jest bliska zera (a tak jest w tym przypadku). W literaturze pozorne zabezpieczanie, które zamiast redukować ryzyko, zwiększa je, nosi nazwę teksańskiego (Texas hedge). Mamy więc nasz rodzimy Dziki Zachód, na którym giną nie tylko amatorzy z firm, ale też specjaliści od finansów.