Przez kilka lat hossy inwestorzy - zwłaszcza początkujący - ekscytowali się zyskami, jakie osiągają z inwestycji w akcje oraz agresywne fundusze inwestycyjne. Bardzo rzadko słyszało się z ust analityków, sprzedawców czy po prostu reprezentantów funduszy, że zyski są dopiero wirtualne, bo prawdziwe będą dopiero w momencie wyjścia z inwestycji. Wystarczyło trochę głębszych spadków, by określenie papierowe lub wirtualne zagościło w licznych wypowiedziach i komentarzach. Z tym że teraz mowa jest o stratach. Nie sprzedawaj swoich jednostek funduszy. Dopóki tego nie zrobisz, nie masz straty - ona jest tylko papierowa. Jak mantra było to zdanie powtarzane, nawet przez prezesów TFI lub znanych ekonomistów.

Paradoksalnie, jeśli nasza inwestycja byłaby na przykład zabezpieczeniem jakiegoś kredytu bankowego, to z całą pewnością bank nie traktowałby jej jako wirtualną, tylko mógłby żądać albo zwiększenia zabezpieczenia, albo spłaty kredytu. Podobnie jest z inwestycjami w świecie realnej gospodarki. Jeśli jakieś niezakończone przedsięwzięcie przynosi stratę, to ona jest jak najbardziej realna i należy ją uwzględnić w rachunkach. Straty ze słynnych opcji walutowych, którymi spekulowało wiele polskich przedsiębiorstw, myśląc, że mają do czynienia z zabezpieczeniem, też nie są traktowane jako wirtualne. Banki żądają spłaty zobowiązań. Ale te same banki w stosunku do swoich nietrafionych zabezpieczeń potrafią przyjąć zupełnie inne stanowisko. Ostatnio media poinformowały, że ING BSK poniósł stratę na rynku euroobligacji z tytułu nietrafionego zabezpieczenia. W komentarzach do tego wyniku (-290 mln PLN) można było znaleźć sformułowanie, że owa strata jest jedynie czysto księgowa. Zacytujmy: Strata, którą wykazał ING BSK, jest jedynie czysto księgowa. Powinna zostać odwrócona w momencie ustabilizowania się sytuacji na rynkach finansowych. To zdanie wypowiedziane przez analityka, można by i odnieść do przedsiębiorstw. Jeśli złoty ponownie się umocni, to sytuacja się odwróci. Tylko kiedy nastąpi to jeśli?