Po zakończeniu rozmów z prezydentem Słowacji Ivanem Gaszparoviczem i premier Mołdawii Zinaidą Grecianii kancelaria prezydencka wydała komunikaty, mówiące, iż Juszczenko przekazał im ukraiński punkt widzenia w sporze o błękitne paliwo.

Jak podała kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w rozmowach brał udział jego wysłannik Michał Kamiński. Nie spotkał się on jednak z dziennikarzami oraz nie odbierał telefonów od nich.

Zaproszeni przez ukraińskiego prezydenta politycy przybyli do jego siedziby już w południe. Zgromadzonych w centrum prasowym dziennikarzy co chwilę zapewniano, że lada moment rozmowy się rozpoczną, a po nich odbędzie się podsumowująca konferencja prasowa.

Jako dowód na telebimie w prezydenckim centrum prasowym pokazano salę z okrągłym stołem i flagami trzech państw: Ukrainy, Słowacji i Mołdawii. Gdy przez następne trzy godziny obraz na telebimie się nie zmienił, a za stołem nikt nie zasiadł, służby prasowe Juszczenki podały, że rozmowy i konferencja opóźniają się.

Ukraińscy dziennikarze zastanawiając się nad przyczynami opóźnienia spekulowali, że Juszczenko czeka na przylot prezydenta Polski, wymienianego tu jako główny pomysłodawca tego spotkania.

Kiedy stało się jasne, że Lech Kaczyński do Kijowa nie przyjedzie, reporterzy stacji telewizyjnych podawali, że stało się tak przez brak "jedynego w Polsce wolnego" samolotu rządowego. Był on użytkowany przez ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, który również przebywał w piątek w stolicy Ukrainy.

Spotkanie przedstawicieli państw poszkodowanych w wyniku braku dostaw gazu z Rosji zapowiadane było na Ukrainie jako szczyt bezpieczeństwa energetycznego. Komentatorzy przypuszczali, że Juszczenko organizuje je jako przeciwwagę dla zaplanowanego na sobotę w tej samej sprawie szczytu w Moskwie.

Jeszcze w piątek rano rzeczniczka Juszczenki Iryna Wannikowa zapewniła PAP, że do Kijowa przyjedzie nie tylko Lech Kaczyński, ale także prezydenci Słowacji i Litwy.