Zainaugurowała pani akcję Bank Transfer Day, wzywając Amerykanów do przeniesienia swoich depozytów z wielkich banków do mniejszych instytucji. Dla banków jest pani wrogiem publicznym numer jeden.

Przez kilkanaście lat byłam klientką Bank of America. Instytucja ta nigdy nie była specjalnie otwarta na drobnych przedsiębiorców, jednak czarę goryczy przelało wprowadzenie opłat za korzystanie z kart w wysokości 5 dol. miesięcznie, chyba że dysponowało się saldem przekraczającym 20 tys. dol. Uznałam to za głęboko nieuczciwe podejście do klienta. Przerzuciłam się więc na alternatywną bankowość. Potem utworzyłam wydarzenie na Facebooku, chcąc przekonać znajomych, aby 5 listopada 2011 r. przenieśli swoje rachunki do tego typu instytucji. Ku mojemu zaskoczeniu po trzech dniach do grupy dołączyły tysiące ludzi.

Jakie były efekty pani akcji?

W ciągu pierwszego miesiąca depozyty przeniosło 600 tys. ludzi. W sumie od października, gdy utworzyłam wydarzenie na Facebooku, do dziś uczyniło to 2,5 mln Amerykanów. Danych dotyczących kwot nie mam, ale zakładając, że przeciętny mieszkaniec USA ma odłożone 2 tys. dol., w grę wchodzą olbrzymie pieniądze.

Jaka była reakcja wielkich banków?

Początkowo nie było żadnej reakcji, banki nie spodziewały się reperkusji Bank Transfer Day. Później Bank of America, ratując swój wizerunek, zrezygnował z 5-dolarowej opłaty. Jednak gdy sprawa nieco przycichła, wprowadzono ją z powrotem. Oczywiście, ktoś próbował mnie oczerniać w serwisach społecznościowych. Ktoś inny zarzucał mi komunizm, co było szczególne ze względu na raczej konserwatywne tradycje mojej rodziny.

Dla przeciętnego człowieka, niezagłębiającego się w tajniki ekonomii, im większy bank, tym bezpieczniejsze są jego pieniądze. Pani próbuje przekonać, że logika jest odwrotna.

Owszem, w USA zdarzały się bankructwa instytucji spółdzielczych, ale duże banki także przecież padały. Poza tym – patrząc na Polskę – bezpieczniej czułabym się, wiedząc, że moje pieniądze są przechowywane w banku, który nie należy do trudnego do skontrolowania kapitału zagranicznego, a którego właściciel pozostaje w Polsce. Zaletą jest też to, że unie kredytowe w przeciwieństwie do banków z założenia działają na zasadzie non profit.

Określa się pani mianem konserwatystki. Jakie jest pani podejście do lewicowych ruchów w stylu Occupy? One również występują przeciwko dużym bankom. Gdzie tu są punkty wspólne?

Bardzo szanuję ruch Occupy przede wszystkim za gotowość do dialogu, za otwartość na argumenty. Bez tego nie da się przecież szukać rozwiązań dla trapiących naszą gospodarkę problemów.