W środowisku bankowym coraz głośniej o nowym projekcie, jaki prowadzi pan z Instytutem Badań nad Gospodarką Rynkową. Na czym ma on polegać?

Chcemy w instytucie zbierać dane na temat przyjmowanych przez banki depozytów. Interesują nas informacje o kwocie, terminie i oprocentowaniu negocjowanych depozytów, które są przyjęte przez bank na stopę stałą. Mamy specjalny system.

Po co nam ta wiedza?

Głównym beneficjentem tej wiedzy będą banki. Te, które przystąpią do systemu, w zamian za udostępnianie danych otrzymają statystykę o rynku depozytowym, będą mogły sprawdzić, co tak naprawdę dzieje się na tym rynku. Teraz oferując stawki takich depozytów, mają niepełne informacje. Klient może żądać wzrostu stawki, grożąc przejściem do konkurencji, a diler sprzedający depozyty tak naprawdę nie wie, czy klient blefuje, czy nie. Często kończy się to zgodą na żądaną stawkę, co nakręca wojnę depozytową. Nasz system może sprawić, że rynek stanie się przejrzysty, może zmienić i złagodzić konkurencję między bankami. Będzie to instrument do zarządzania strategią cenową, ale też ryzykiem.

Czy nowy system to punkt wyjścia do stworzenia nowej stawki referencyjnej, która mogłaby zastąpić WIBOR?

System jest pomyślany jako narzędzie wspierające informacje uzyskiwane przez banki poprzez stopy WIBOR. W przyszłości, gdy już zbudujemy i ustabilizujemy bazę danych, a działanie systemu będzie rutynowe, możemy zacząć myśleć o stworzeniu indeksu, który mógłby być alternatywą dla WIBOR-u. Ale to powinno wypłynąć z zapotrzebowania banków. Należy o tym myśleć jeszcze w czasie przyszłym, ale trzeba pamiętać, że dziś wielkość WIBOR-u jest deklaratywna i nie wynika z transakcji międzybankowych. Podobnie, jak w przypadku EURIBOR-u czy LIBOR-u.

Czy WIBOR – podobnie jak LIBOR – też jest podatny na manipulacje?

Z dostępnych informacji można wnioskować, że banki nie zawierają transakcji po deklarowanych przez siebie cenach. Formuła takiego ustalania indeksu jak LIBOR, WIBOR wymaga ponownego przemyślenia, bo rynek się zmienił. W 2008 r. transakcje międzybankowe z terminem powyżej jednego tygodnia stanowiły nawet 20 proc. transakcji na rynku w złotych. Dziś ich prawie w ogóle nie ma.

Jeśli nawet WIBOR jest zaniżany – to chyba dobra wiadomość dla osób z kredytem oprocentowanym na jego podstawie.

To jest trochę tak, jakby wszystkie samoloty w kraju miały źle wyskalowane wysokościomierze i punkt zero był w nich przesunięty w dół. Stawka referencyjna, środek, wokół którego bank z jednej strony indeksuje kredyt, a z drugiej bierze depozyt, musi być dobrze wyskalowana. WIBOR kiedyś taki był. Dziś już nie jest między innymi ze względu na tzw. wojnę depozytową. Człowiek wchodząc do banku z ulicy, może otrzymać depozyt oprocentowany wyżej niż stawka WIBOR.

To stwarza systemowe ryzyko, że banki zamiast trzymać cenę surowca, czyli depozytu, poniżej ceny sprzedaży przetworzonego produktu, tj. kredytu, zaczynają to mieszać. Zagrożenie dla depozytariuszy i kredytobiorców jest takie, że jeżeli system będzie miał rozkalibrowane narzędzie zarządzania ryzykiem, to według mnie może się to skończyć kryzysem. Każdy depozytariusz wolałby mieć chyba oszczędności w banku, który nie jest zagrożony.

Nowa stawka referencyjna zamiast WIBOR-u byłaby dużą zmianą?

Naszym celem nie jest tworzenie nowej stawki referencyjnej. Chcemy dać bankom dodatkowe narzędzie zarządzania ryzykiem. Tym, którzy oczekują, że stworzymy nowy indeks, wskazuję, że do tego najpierw należy zbudować dobry fundament. Dlatego nie można tego zrobić nagle. Jak szacuję, w Polsce mamy około 700 mld zł instrumentów finansowych, gdzie stawką referencyjną jest WIBOR. Na pewno nie można zadekretować, że we wszystkich przypadkach stary indeks trzeba zastąpić nowym. Nowa stawka mogłaby dotyczyć tylko nowo zawieranych umów.

Czy banki chcą uczestniczyć w waszym projekcie?

Już kilkanaście zadeklarowało przystąpienie do systemu, w tym największe. Przyjmujemy zgłoszenia, niebawem zaczniemy zawierać umowy. Wdrożenie systemu powinno się rozpocząć za trzy tygodnie, uruchomienie w czerwcu.