Unia fiskalna miała ratować euro, tymczasem z punktu widzenia wspólnej waluty jest wydmuszką. Co jest tak naprawdę ważne w tej umowie?

Wielu spodziewało się, że pakt fiskalny rzeczywiście przyniesie zmianę struktury działania strefy euro. Zgodnie z tą wizją w zamian za zobowiązanie krajów południa Europy do przestrzegania surowych reguł deficytu budżetowego Niemcy miały się zgodzić na emisję euroobligacji i zmianę mandatu EBC, tak aby mógł on bez ograniczeń kupować dług słabszych państw Eurolandu. Tak się jednak nie stało. Pakt jest pusty: powtarza zapisy powołanego jeszcze w 1999 roku paktu o stabilności i rozwoju, które zresztą pierwsze złamały Niemcy. Można wręcz odnieść wrażenie, że wszystko, czego chce Angela Merkel, to przekonać swoich wyborców, że Berlin nie rozdaje pieniędzy za darmo. Chodzi więc bardziej o psychologię niż realne zmiany.

To po co Donald Tusk zabiega o miejsce na szczytach strefy euro?

Tak nakazuje zasada ostrożności. Polska zapewne przyjmie euro za kilka lat, gdy sytuacja w unii walutowej się ustabilizuje. Jest więc normalne, że woli się upewnić, czy Euroland nie będzie rozwijał się w niekorzystnym dla niej kierunku. Dodatkowo Tusk chce przejąć rolę przywódcy nowych krajów UE, więc musi być tu stanowczy. Sytuacja Szwecji jest zupełnie inna, bo z każdym rokiem staje się coraz mniej prawdopodobne, że Sztokholm przystąpi do unii walutowej. Dlatego Szwedzi mogą sobie pozwolić na bojkotowanie paktu fiskalnego.

Co powinien zawierać pakt?

Niemcy uważają, że powodem obecnego kryzysu nie jest wadliwa struktura unii walutowej, ale to, że niektóre kraje nadmiernie się zadłużyły. Jednak wielu ekonomistów sądzi, że przyczyna kłopotów jest głębsza. Ich zdaniem układ, w którym polityka monetarna jest ustalana we Frankfurcie, zaś polityka gospodarcza w 27 stolicach, jest nie do utrzymania. Unia walutowa nie ma ani budżetu z prawdziwego zdarzenia, ani mechanizmu pozwalającego na wsparcie krajów, które w danym momencie znalazły się w kłopotach. W czwartym roku kryzysu wszystko, co zrobiono, to powołano fundusze, które udzielają pożyczek na wysoki procent. To za mało, aby pomóc najsłabszym krajom Eurolandu.