„Koniec z ekonomicznym postępem. Po kilku wiekach oświeceniowego rozwoju nadchodzą nieuchronnie nowe wieki ciemne” – to sedno pańskiej najnowszej książki. Nie przesadza pan trochę z czarnymi prognozami na przyszłość?

Chciałbym, ale widoki na najbliższe pięćdziesiąt, sto, a nawet dwadzieścia lat są bardziej niż ponure. Rozwinięte gospodarki doszły do granic swoich możliwości i uginają się pod ciężarem długów, których nie będą w stanie nigdy spłacić. Reszta świata ochoczo zmierza w tym samym kierunku. Surowce naturalne – od ropy przez wodę po najróżniejsze metale – zaczynają się w szybkim tempie kurczyć i wkrótce przestanie ich wystarczać, a to będzie miało katastrofalne skutki dla jakości życia we wszystkich krajach świata.

Może po prostu daje się pan ponieść nastrojowi chwili. Wiadomo, że trwa głęboki kryzys i następują pewne nieuchronne korekty. Z gospodarką zawsze jest jednak tak, że po dołku przychodzi ożywienie.

Nie tym razem. Owszem, są ekonomiści, którzy powtarzają starą mantrę: trzeba pobudzić konsumpcję, wymyślić parę nowych gadżetów, namówić ludzi, by je kupili. Albo bardziej makroekonomicznie: wystarczy przycisnąć Chiny, by uwolniły kurs juana, a wtedy Ameryka odbuduje swój eksport. Jednocześnie Japonia i Korea zreformują swoje gospodarki, a Europejczycy zacisną pasa i spłacą długi. A wtedy machina globalnego wzrostu znów ruszy naprzód. Otóż nie ruszy. Znaleźliśmy się pomiędzy ekonomicznymi epokami i czeka nas czas wielkiego chaosu i zawirowań.

Skąd ta pewność?

Problemy są zbyt głębokie, by dało się je łatwo rozwiązać. Już samo twierdzenie, że pobudzanie konsumpcji przyniesie gospodarce zbawienie, jest faktycznym pogarszaniem sytuacji. To przecież właśnie nadmierna konsumpcja doprowadziła nas – zwłaszcza w ostatnich trzydziestu latach – do obecnej mizerii. W Ameryce 70 proc. aktywności gospodarczej to kupowanie samochodów, aparatów, mebli, butów i tak dalej. W Niemczech, gdzie konsumenci mają reputację wyjątkowych skner, konsumpcja stanowi ok. 60 proc. PKB.

Ale co takiego złego jest w konsumpcji?

Najgorsze jest to, że w ostatnich trzech dekadach zupełnie wymknęła się ona spod kontroli. Przeistoczyła się w silnie uzależniający narkotyk. Stało się tak dlatego, że zachodni świat przyjął filozofię wzrostu gospodarczego jako ostatecznego i najważniejszego celu. W praktyce oznaczało to, że chcąc utrzymać wysokie tempo wzrostu, trzeba konsumować wciąż więcej i więcej. Cena była jednak wysoka. Jedną z możliwych dróg, którą zdecydowaliśmy się iść, było stałe obniżanie cen produktów. I faktycznie, pralka czy para butów kosztuje dziś mniej niż w 1980 r. Ale co się za tym kryje? W tym wypadku ciągłe cięcie kosztów przez zachodnie przedsiębiorstwa i niszczenie przemysłowej tkanki Zachodu przez przenoszenie fabryk do Chin czy Bangladeszu. Innym sposobem na pobudzanie konsumpcji było rosnące zadłużenie. Na kredyt żyli wszyscy: konsumenci, banki i rządy. Jeszcze w latach 80. przeciętna amerykańska rodzina odkładała na czarną godzinę 8 do 12 proc. swojego rocznego dochodu. Dziś ten wskaźnik spadł do 1 proc. W połączeniu z boomem kredytowym ostatniej dekady doprowadziło to do sytuacji totalnego zadłużenia wszystkich u wszystkich. Przeciętna amerykańska rodzina ma dziś długi prawie trzy razy większe od jej rocznych dochodów, na Wyspach Brytyjskich zadłużenie sięga 160 proc., a w Holandii 240 proc. Część tych należności jest nie do spłacenia, co sprawia, że banki siedzą na bombie zegarowej. A jeśli nawet nie wylecą w powietrze, to i tak wielu przyszłych emerytów odkładających pieniądze w funduszach nigdy ich nie zobaczy. Na to nakłada się dług publiczny. Ale gdyby chodziło o samo zadłużenie, nie byłoby powodu mówić o nadejściu nowych wieków ciemnych.

To jest coś jeszcze gorszego?

Finansowe problemy byłyby do przełknięcia, gdyby nie to, że kurczą się globalne zasoby naturalne. Nie trzeba pracować dla Greenpeace, by widzieć, że sposób, w jaki świat gospodaruje ropą, wodą czy miedzią, nie jest zrównoważony ani rozsądny. W pierwszej fazie industrializacji nie było to takim problemem, bo zasoby wydawały się nieskończenie wielkie, a produkcja wciąż mała. Cywilizacja Zachodu, owładnięta rządzą rozwoju za wszelką cenę, nie zdała sobie w porę sprawy z tego, że zużyta miedź czy ropa nie wrócą. Ind, używany do produkcji wyświetlaczy ciekłokrystalicznych, skończy się w ciągu dekady. Przykłady można mnożyć.

Z czegoś trzeba jednak wytwarzać energię czy podzespoły do telefonów. Trudno oczekiwać, by ludzkość wróciła do jaskini.

Oczywiście. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że zasoby kiedyś się wyczerpią. Na dodatek obecne korzystanie z nich pozbawione jest jakiejkolwiek koordynacji. Każdy ciągnie w swoją stronę, nie oglądając się na resztę. Przyczyną jest filozofia wzrostu gospodarczego za wszelką cenę. Najnowszy przykład. Kiedy zachodnie rynki nasyciły się i przestały chłonąć tyle nowych pralek, telewizorów czy samochodów, producenci wpadli na pomysł, by skrócić życie produktów. Dlatego im nowszy telefon komórkowy, tym krócej nam służy. Do tego dochodzi kreowanie mód i nowych potrzeb. To pompuje wzrost, ale ukryty efekt może być tylko jeden: zużycie surowców wzrasta, a zasoby kurczą się coraz szybciej.