Jak pan ocenia obecną kondycję sektora bankowego w Polsce?

Dobrze. Banki mają wysokie współczynniki wypłacalności, a średnia dla sektora wynosi ponad 13 proc. Żaden z banków nie jest poniżej poziomu 8 proc., a tylko w przypadku czterech komercyjnych współczynnik wypłacalności ma wartość niższą niż 9 proc. Jednak przez szereg powiązań jesteśmy zależni od tego, co się dzieje na rynkach Europy Zachodniej. Jeśli na południu Europy albo w Niemczech sytuacja się pogorszy, będzie musiało to mieć wpływ na nasz kraj.

W Polsce zarówno teraz, jak i trzy lata temu, kiedy upadł bank inwestycyjny Lehman Brothers, nie doszło do poważniejszych turbulencji. Czy obecnie widzi pan coś, co może wywołać problem?

Niepokoi mnie sytuacja w Europie Zachodniej. Co gorsza, Unia Europejska zaczyna szukać niewłaściwych metod rozwiązania problemów sektora finansowego. Jestem za tym, żeby duże europejskie instytucje finansowe kontrolować w sposób ponadnarodowy. Jednak nie zgodzę się z tym, że dobrym rozwiązaniem jest wspólne zarządzanie płynnością w międzynarodowych grupach.

Moim zdaniem jest to bardzo ryzykowne. Jeśli miałoby to dotyczyć tylko instytucji działających w strefie euro, można to sobie jakoś wyobrazić, bo po drugiej stronie jest jeden partner zabezpieczający płynność, czyli Europejski Bank Centralny. Zasadniczy problem pojawia się, jeśli to są instytucje, które prowadzą działalność w krajach strefy euro i poza nią. Za płynność w tym wypadku odpowiada np. NBP. Jeśli spółka matka nie miałaby pieniędzy, to istniałoby ryzyko zarażenia problemami polskiej spółki córki. Musiałby interweniować NBP, a to burzyłoby polską politykę pieniężną i kursową.

Z kolei na naszym rynku obecnie największym zagrożeniem wydają się kredyty walutowe. Uważa pan, że mogą one zaszkodzić polskim bankom?

Nowych kredytów walutowych dla gospodarstw domowych praktycznie się już nie udziela. W przypadku „starego portfela” poważnym wyzwaniem jest stosunek udzielonego kredytu do wartości zabezpieczenia. Przypomnę, że jeszcze kilka lat temu banki udzielały kredytów na 120 proc. LtV (stosunek wartości kredytu do wartości nieruchomości, która stanowi zabezpieczenie) we frankach szwajcarskich, a to oznacza, że po wahaniach kursowych wskaźnik LtV wynosi w niektórych przypadkach nawet 200 proc.

Gdyby doszło do bankructwa jakiegokolwiek banku, czy Bankowy Fundusz Gwarancyjny byłby w stanie pokryć straty z tym związane?

Po pierwsze, scenariusz upadłości w polskim systemie bankowym jest obecnie nierealny. Po drugie, doświadczenia światowe pokazują, że w sytuacjach kryzysowych praktykuje się przejęcie aktywów i pasywów banku przez inną instytucję, co nie jest związane z wypłatą środków z funduszu gwarancyjnego. Po trzecie, w razie potrzeby w ustawie o BFG jest przewidziany mechanizm automatycznego zasilania funduszu dodatkowymi środkami.

W przyszłym roku banki mogą mieć kolejny problem: jeśli znikną oferty lokat antybelkowych, może się okazać, że bankom trudniej będzie pozyskać tego typu środki, a wtedy trudno będzie dopasować długie aktywa do krótkich pasywów.

Strukturalnym wyzwaniem w polskim sektorze bankowym pozostaje od lat niedopasowanie między terminami zapadalności aktywów i pasywów. Banki napotykają trudność w finansowaniu długoterminowych kredytów, głównie mieszkaniowych, krótkoterminowymi depozytami. Skoro banki hipoteczne nie rozwinęły się na polskim rynku w takim stopniu, jak to zakładali twórcy ustawy z 1997 r., istotne byłoby obecnie stworzenie warunków prawnych do emitowania przez banki komercyjne papierów obligacyjnych pod jednolite aktywa.

Można się w takim razie spodziewać, że w czasie pana kadencji wróci pomysł na emisję listów zastawnych?

Nie będą to listy zastawne. Po to, żeby emitować listy zastawne, zgodnie z ustawą o listach zastawnych i bankach hipotecznych, trzeba spełniać restrykcyjne warunki. Myślałbym raczej o obligacjach hipotecznych. Trzeba bankom dać takie instrumenty, które pozwolą im finansować akcję kredytową. Nie obędzie się tu bez działań Ministerstwa Finansów, które jest regulatorem rynku finansowego.