ROZMOWA

GRZEGORZ OSIECKI, PAWEŁ ROŻYŃSKI:

Rozpoczyna się unijna batalia budżetowa. We wrześniu przedstawi pan aktualny przegląd budżetu, a zaraz potem zaczną się negocjacje w sprawie perspektywy na lata 2014 – 2020. Czy w dobie kryzysu bogatsze kraje Unii Europejskiej wciąż będą z entuzjazmem przekazywać Polsce tak duże pieniądze?

JANUSZ LEWANDOWSKI*:

To może być najtrudniejszy budżet w historii Unii. Niestety, nie ma dzisiaj wizji spajającej kontynent, budzącej ciepłe reakcje. Po wojnie był to projekt Europy bez wojen i granic, potem wspólnej waluty, później zjednoczenia wschodu z zachodem. Pod solidarność europejską budowano wspólnotowe budżety. Teraz trudno porwać ludzi wizją globalizacji, wyzwań demograficznych czy klimatycznych. Wspólna Europa nie jest już sexy. W niektórych, zwłaszcza bogatszych, krajach narasta klimat zwątpienia w projekt europejski, a politycy nie próbują temu zaradzić.

Dlaczego?

Eurosceptycyzm, od dawna mieszkający w Londynie, przywędrował teraz na kontynent. Na zachodzie integracja, która spełniła swoje historyczne cele, dając bezpieczeństwo, pojednanie dawnych wrogów i powszechny dobrobyt oraz codzienne wygody podróży bez paszportu i wymiany walut, studiowania, znajdywania pracy i osiedlania się, to już coś oczywistego, zwyczajnego. Zwłaszcza dla młodego pokolenia niepamiętającego czasów II wojny światowej, a nawet zimnej wojny. Można mówić o znudzeniu Unią, kojarzoną z biurokratycznym banałem, bo tak postrzegana jest Bruksela. Co gorsza, w roku 2010 Niemcom czy Holendrom Europa kojarzy się z daniną na rzecz krajów śródziemnomorskich, które sobie nie radzą. Innym zaś, Grekom czy Hiszpanom, z wymuszaniem bolesnych oszczędności.

Słowakom kojarzy się z transferem pieniędzy na rzecz znacznie bogatszej Grecji. Kiedy biedni muszą ratować bogatych, to coś jest z Unią nie tak.

Grecja jest kłopotem dla nowego rządu Słowacji, a dla mnie problemem, jak uzasadnić politykę spójności, czyli zasadę wyrównywania szans, skoro jej beneficjenci znowu są w kłopotach. Polityka regionalna narodziła się w latach 80., na rzecz Grecji, Irlandii, Hiszpanii i Portugalii. Parlament w Bratysławie, odrzucając daninę dla Grecji rzędu 816 mln euro, też nie pomaga. Rzeczywiście, przeciętny Słowak jest biedniejszy od Greka o 10 tys. euro w skali roku, licząc według parytetu siły nabywczej, ale udział nowych krajów w europejskim projekcie nie może ograniczać się do brania pieniędzy ze wspólnego budżetu. Doceniam gest ministra Rostowskiego deklarującego dobrowolny udział Polski w akcjach ratunkowych, bo to jest świadectwo solidarności.

Gdzie najwyraźniej widać linie podziałów w Europie?

W tej chwili mniej widoczny jest tradycyjny podział na płatników netto z Zachodu i beneficjentów ze Wschodu, ale wkrótce ujawni się znowu, z całą siłą. Europa rozszerzyła się w 2004 r. o ubogie kraje. Geografia dopłacających, nawet jeśli dołączą do nich Słowenia czy Islandia, niewiele się zmieni. Również Hiszpania przechodzi na drugą stronę po 2013 r. Obecnie jednak ten budżetowy podział przesłonięty został przez kryzys finansowy dzielący Europę na gospodarną północ, w której są również niektóre nowe kraje członkowskie, i obszar Morza Śródziemnego, stanowiący źródło niepewności gospodarczej.

Europę dzieli również stosunek do wspólnej polityki rolnej.

Jest to najbardziej niemodna, wyklęta przez rozmaite think-tanki, część budżetu Unii. Potępia się ją w czambuł jako politykę nieprzystającą do XXI w. i utrudniającą wyjście z kłopotów gospodarczych monokulturowym krajom trzeciego świata, które mają utrudniony dostęp do europejskiego rynku. Paradoks polega na tym, że ta – intelektualnie – wspólna polityka rolna ma silną polityczną osłonę. Śmiem twierdzić, że teraz, w ciężkich czasach, będzie broniona nawet silniej niż polityka spójności.

Dlaczego? Przecież aż jedną trzecią unijnego budżetu pochłaniają wydatki na dopłaty bezpośrednie i interwencje na rynku rolnym.

Po pierwsze, jeśli weźmiemy pod uwagę, że to jedna trzecia z 1 proc. PKB, bo tyle wart jest budżet Unii, to już wydatki rolne nie wyglądają tak imponująco. Jest to bowiem polityka par excellence wspólnotowa, gdy w innych dziedzinach, np. w wydatkach na badania i rozwój, budżet europejski tylko uzupełnia wydatki krajowe. Nie ukrywam, że mamy też do czynienia z niezwykle silnym lobby rolnym, z Francją na czele, gdzie otwarcie stawia się obronę rolnictwa nie tylko w kategoriach samowystarczalności finansowej, ale rolnika traktuje się jako kustosza wiejskiego krajobrazu.

Czy budżet na lata 2014 – 2020 będzie większy niż ten na lata 2007 – 2013?

Wszelkie spekulacje są przedwczesne. Wiele zależy od klimatu rozmów w głównych stolicach, które będę intensywnie wizytował. Mam już za sobą Berlin i Wiedeń. Przede mną Paryż, Londyn, Rzym, Madryt i kilka stolic mniejszych krajów. Otwarte rozmowy pokażą, co jest możliwe.