Wszystko zależy od tego, czy deficyt może być sfinansowany łatwo i po niskich kosztach. Niestety inwestorzy coraz częściej zastanawiają się, czy inwestować w papiery dłużne państw, bo nie jest to tak bezpieczne, jak się wcześniej wydawało. Albo nie chcą w ogóle kupować, albo żądają wyższych stóp procentowych.

Mamy do czynienia z dwoma niebezpieczeństwami. Pierwsze, ograniczenie deficytu, może wpływać negatywnie – choć nie dramatycznie – na popyt, drugie – w postaci rozwiązłości fiskalnej – może prowadzić do gwałtownych zaburzeń na rynkach finansowych. Z tych dwóch niebezpieczeństw mniej obawiam się pierwszego. By uniknąć dramatu, lepiej przyhamować nawet niezbyt szybkie ożywienie. A najlepsze jest znalezienie złotego środka między zacieśnieniem polityki fiskalnej a wspieraniem ożywienia.

Wielu ekonomistów twierdzi, że cięcia w krajach europejskich wcale nie są znaczące. Na przykład w Niemczech to zaledwie 1 proc. PKB.

W krajach z pierwszej linii frontu – najbardziej dotkniętych kryzysem – te cięcia są znaczące i faktycznie dokonywane. Tak jest w Grecji i Hiszpanii. W innych krajach, jak w Niemczech, mamy na razie do czynienia z zapowiedziami cięć. Są one znaczące, jeśli chodzi o liczby, ale rzeczywiście, gdy porównamy ich skalę z poziomem PKB w tych krajach, okazuje się, że nie są one radykalne. Im bardziej wiarygodny rząd, tym proces konsolidacji finansów może być dłuższy. Niemcy zapowiadają, że w 2016 r. praktycznie zrównoważą budżet. Nie muszą się więc aż tak bardzo spieszyć.

Mamy perspektywę 500 dni do końca kadencji parlamentu. W tym czasie koalicja PO – PSL może liczyć na współpracę prezydenta. Jakie fundamentalne zmiany powinna w tym czasie przeprowadzić?

Do końca tego roku trzeba przygotować ambitny budżet na rok 2011. To konieczne, choć na razie Polska wydaje się krajem odpornym na turbulencje na rynkach finansowych. Jednak jest to kryzys światowy, który skoncentrował się obecnie w Europie i nikt nie jest w 100 procentach bezpieczny. Dlatego lepiej być przygotowanym na takie zdarzenia. Choć mamy rok wyborczy, liczę, że rząd skupi się teraz na walce z deficytem budżetowym. W przeciwnym razie może osłabnąć zainteresowanie inwestorów polskimi obligacjami i będziemy mieli utrudnione finansowanie wydatków.

Co to znaczy „budżet ambitny”?

Nie może on polegać tylko na wzroście wpływów podatkowych związanych z poprawiającą się koniunkturą, ponieważ to nic nie zmienia. Jak koniunktura się pogorszy, znów pojawią się te same problemy. Dlatego potrzebne są zmiany strukturalne, czyli obniżające wydatki lub ograniczające ich wzrost.

Może uda się uniknąć cięć wydatków, w sytuacji gdy gospodarka się ożywia.

Nie sądzę. 3 proc. wzrostu PKB w I kw. tego roku to wprawdzie lepszy wynik, niż myśleliśmy, ale też sporo poniżej naszych możliwości. To nie jest tempo wzrostu, które może zapewnić widoczne ograniczenie stopy bezrobocia. Z tego powodu wielkiej radości nie ma. Niestety wciąż czekamy na ożywienie zarówno popytu konsumpcyjnego, jak i popytu inwestycyjnego sektora prywatnego. Ostatnie kwartały przyniosły wzrost gospodarczy głównie ze względu na dodatni eksport netto, czyli import spadł bardziej niż eksport. Teraz tendencja jest odwrotna i nie będziemy już mogli tak bardzo liczyć na ten czynnik.

Jaki wzrost gospodarczy prognozuje pan w najbliższych latach?

To tak, jakby pan mnie pytał o numery totolotka. Oczywiście jest trochę lepiej, liczymy na stopniowe ożywienie gospodarcze. Zakładam, że w tym roku wzrost PKB wyniesie około 3 proc. W 2011 r. może on przyspieszyć do 3,5 proc., może więcej. W dłuższej perspektywie trudno przewidywać gwałtowne przyspieszenie wzrostu PKB, gdyż nie zanosi się na znaczące zwiększenie popytu inwestycyjnego. Nie możemy też zupełnie ignorować ryzyka jakiegoś szoku ze środowiska zewnętrznego.

Spodziewa się pan drugiego dna kryzysu?

Raczej nie. Za to ożywienie może być bardzo powolne. Z pewnością europejska gospodarka szybko nie osiągnie tempa wzrostu, które miała przed kryzysem.

Oszczędności w krajach strefy euro mogą zmniejszyć popyt także na nasz eksport. Nie ucierpimy na tym?

Nie ma się co oszukiwać – cięcia i zasypywanie w ten sposób deficytów mogą zaszkodzić koniunkturze, także Polsce, choć w mniejszym stopniu. Jeszcze parę lat temu, gdyby ktoś powiedział u nas, że obniżenie deficytu może mieć negatywny wpływ na gospodarkę, byłby traktowany jak dziwak keynesistowski. A dziś słusznie staje się to częścią kanonu ekonomii.

Ten kanon wyraźnie się zmienia. Czy kryzys oznacza klęskę liberalizmu?

Na pewno nie oznacza zwycięstwa socjalizmu. Oznacza klęskę wiary w to, że świat jest prosty i można go opisać za pomocą jasnych reguł. Przede wszystkim nie doceniliśmy negatywnych efektów zewnętrznych, które płyną z działalności systemu bankowego.

Zapomnieliśmy, że jeśli bank źle gospodaruje, to nie swoimi pieniędzmi, tylko pieniędzmi swoich deponentów. A więc działalność banków musi być regulowana. Teraz trudno je znów wcisnąć w te ramy.