Bankowcy są w Polsce, chodzą w garniturach za kilka tysięcy złotych, jeżdżą samochodami klasy średniej wyższej, jedzą sushi i piją merloty lub szardony z górnej półki w markecie po 50–100 zł za butelkę. To między innymi dzięki temu, że w Polsce nie było bankierów, tylko bankowcy, uniknęliśmy ciężkiego kryzysu w 2009 r.

W minionych 30 latach wpływ bankierów na życie zwykłych ludzi wzrósł przeogromnie. Zaczęli kontrolować polityków, którzy uchwalali wygodne dla nich przepisy. Pokazał to kryzys 2009 r., miliony ludzi straciło pracę, a banksterów uratowano za pieniądze podatników.

Od czasu do czasu pojawiają się książki, które opisują metody działania banksterów. Kilka tygodni temu ukazała się kolejna, napisana przez byłego pracownika banku Goldman Sachs, Grega Smitha, pod tytułem „Why I left Goldman Sachs”. Ten bank, zwany wśród polskich bankowców GS-em, to elita elit. Marzeniem najlepszych absolwentów najlepszych amerykańskich uczelni była praca w GS-ie. Byłeś w GS-ie, to znaczy, że byłeś wśród najlepszych. Faktycznie, ludzie z GS-u tworzyli wiele nowoczesnych instrumentów finansowych, brali udział w najważniejszych transakcjach. W niektórych przypadkach byli tak skuteczni, że reprezentowali obie strony transakcji. Argumentowali, że mają chińskie mury, które im na to pozwalają (po czasie okazywało się to fikcją i często kończyło w sądzie). Zdolność GS-u do zarabiania pieniędzy była podziwiana przez cały świat finansów. Ludzie z GS-u tworzyli trzon amerykańskiej administracji, dawny pracownik GS-u jest teraz szefem EBC. A to przecież GS doradzał rządowi Grecji, jak ukrywać długi.

Książka Grega Smitha ujawnia niektóre sekrety działania GS-u i pokazuje metody zarabiania dużych pieniędzy. Podczas pracy dla GS-u w Londynie Greg Smith próbował uruchomić różne usługi dla klientów, potrzebne w czasach turbulencji na rynkach finansowych. Ale nikt nie chciał mu pomagać, ponieważ kultura organizacyjna firmy była nastawiona na „transakcje słonie” i strzyżenie mapetów. Transakcja słoń, jak wyjaśnia Greg Smith, to taka, na której w jednym strzale GS zarabia na kliencie co najmniej milion dolarów. Książka pokazuje, jak ludzie w GS-ie zajmowali się wymyślaniem złożonych produktów, których klient nie był w stanie zrozumieć, a sprzedając je, zarabiali właśnie milion lub więcej na jednej transakcji. Nic dziwnego, że według Grega Smitha w GS-ie klientów nazywano mapetami. Co prawda mapet oznacza sympatyczne futrzane zwierzątko, ale w brytyjskim slangu oznacza także idiotę. Czyli takiego klienta, który dał się ostrzyc na ponad milion dolarów w jednej transakcji.

Greg Smith pisze jeszcze o innym sekrecie zarabiania pieniędzy przez GS. Od pewnego czasu GS zaczął funkcjonować jak wielki fundusz hedgingowy, który gra na rynkach na własne konto, często grając przeciwko swoim klientom. Duży bank widzi przepływy finansowe, więc może się odpowiednio ustawić na rynku. Dla przeciętnego człowieka szansa zarobienia lub straty na walucie wynosi po 50 proc., dla GS-u szansa wygranej jest zdecydowanie większa. Niektórzy byli partnerzy z GS-u pozakładali po odejściu swoje fundusze hedgingowe i ponieśli porażkę, a niektórzy skończyli jako bankruci, przy okazji okradając klientów z pieniędzy, jak pokazuje przykład funduszu MF Global, założonego przez Jona Corzine, byłego prezesa GS-u.

Mam nadzieję, że książka Grega Smitha doczeka się tłumaczenia na język polski. Powinna służyć jako przestroga dla obecnych i przyszłych architektów systemu prawnego w Polsce. Prawo powinno być takie, żeby bankowcy mogli sprawnie świadczyć usługi dla firm i ludzi, a banksterzy omijali nas szerokim łukiem.