Być może tak. Łatwiej jednak zgodzić się z ogólną deklaracją, niż wskazać, na co konkretnie państwo powinno wydawać mniej pieniędzy. Przeanalizujmy zatem możliwe strategie działania w kwestii redukcji wydatków publicznych.

Pierwsza to poszukiwanie łatwych cięć. Tym mianem nazywam oszczędności budżetowe, co do których większość obywateli zgadza się, że należy je przeprowadzić. Chodzi tu przede wszystkim o powstrzymanie nadużywania pomocy społecznej (zasiłków i rent), zbędne wydatki reprezentacyjne czy przywileje dla określonych grup zawodowych. Nie jest oczywiście powiedziane, że łatwe cięcia faktycznie łatwo jest przeprowadzić, gdyż opór dotkniętych nimi grup nieraz jest bardzo silny. Jednak rządy, które zmuszone są do oszczędności, najczęściej sięgają właśnie po to narzędzie.

Problem z łatwymi cięciami polega jednak na tym, że okazji do nich jest znacznie mniej, niż się wydaje. Posłowi, premierowi czy nawet ministrowi trudno jest wskazać – załóżmy – konkretnych urzędników, których można zwolnić bez szkody dla zadań państwa. Wymuszanie cięć w administracji może przynieść jedynie pozorne oszczędności – spadek kosztów funkcjonowania okupiony będzie spowolnieniem działania instytucji państwowych czy obniżeniem kompetencji pracujących tam osób. Jeżeli naprawdę chcemy dokonać głębszych cięć, trzeba przyjąć inny sposób działania.

Druga propozycja to strategia pasywna. Polega ona przede wszystkim na niezwiększaniu realnych wydatków, co nawet przy minimalnym wzroście gospodarczym doprowadzi do spadku wydatków w relacji do PKB. Strategię pasywną można dodatkowo wzbogacić regułą każącą bilansować budżet tak, by każde nowe wydatki od razu musiały znaleźć pokrycie w podatkach. Doświadczenie pokazuje bowiem, że obywatele nie są do końca świadomi konsekwencji długu publicznego, dlatego o wiele chętniej godzą się na nowe wydatki finansowane wzrostem deficytu budżetowego. Przykładem takiej reguły jest pakt fiskalny, którego ratyfikację Polska będzie rozważać w najbliższych miesiącach.

Strategia pasywna ma tę niewątpliwą zaletę, że uwalnia decydentów od konieczności wskazania konkretnej ofiary polityki cięć. Jednak praktyczna jej implementacja może napotkać wiele trudności. Przede wszystkim: jeżeli reguły wydatkowe nie są odpowiednio sztywne (a przecież o stopniu ich elastyczności i tak decyduje parlament), zawsze może pojawić się możliwość lobbingu. Ten zaś niestety aż nazbyt często okazuje się skuteczny.

Zjawisko to ma uzasadnienie ekonomiczne. Ze względu bowiem na to, że korzyści z lobbingu spływają wyłącznie na określoną grupę interesu, opłaca się jej go finansować. Z kolei reszta społeczeństwa, na którą spadają koszty finansowania, nie ma dostatecznie silnych bodźców, by zorganizować kontrlobbing. Działalność pojedynczych grup lobbystów jest po prostu zbyt mało dotkliwa dla przeciętnego obywatela, by opłacało mu się podejmować działania zaradcze.

Do problemu lobbingu dokłada się jeszcze inny – w otwartej debacie mało kto skłonny jest twierdzić, że niepotrzebne jest dodatkowe finansowanie zdrowia, edukacji czy inwestycji. W odniesieniu do tych ważnych społecznie dziedzin bardzo trudno jest przekonać kogoś, że nie potrzeba zwiększać na nie nakładów. Z tych powodów rezultaty stosowania strategii pasywnej także mogą być niewielkie.

Pozostaje więc trzecia strategia, zwana dla odmiany aktywną. Polega ona na wskazaniu konkretnych obszarów ograniczenia lub likwidacji państwowego finansowania. Mając w pamięci uwagi odnośnie do strategii łatwych cięć, skłaniałbym się do tego, że skuteczne ograniczenie jest przeważnie jakąś formą likwidacji – państwo jest po prostu wycofywane z jakiejś części obszaru swoich zadań. Likwidowanie jednak możliwe jest na szerszą skalę dopiero wtedy, gdy redukcja wydatków jest rzeczywistym celem, a nie tylko środkiem dla przywrócenia równowagi w finansach publicznych. Skuteczne zaimplementowanie strategii aktywnej wymaga bowiem przedstawienia jakiegoś dobrego uzasadnienia, dlaczego właściwie chcemy likwidować.

Takie uzasadnienie powinno opierać się na regułach o charakterze strategicznym, ekonomicznym lub etycznym. Przykładem tej pierwszej byłoby uznanie, że dla celów obronnych w ramach NATO Polska nie potrzebuje rozbudowanej marynarki wojennej. W ten sposób zaoszczędzilibyśmy na wydatkach takich jak budowa korwety Gawron za ponad 1,5 mld zł. Przykład na drugą regułę to uznanie systematycznej wyższości prywatnej inicjatywy nad planowaniem państwowym. Pozwala to na wyeliminowanie wszelkiego rodzaju dotacji i subwencji państwowych na różnego rodzaju działalność niekoniecznie najważniejszą z punktu widzenia konsumentów. Zamknięta byłaby więc droga do finansowania z budżetu górnictwa, kolejnictwa oraz inwestycji w rozwój przemysłu czy rolnictwa. Przykładem reguły etycznej (i to dość radykalnej) byłoby zarezerwowanie instytucjonalnej pomocy państwa tylko dla osób upośledzonych lub niepełnosprawnych. Wyeliminowałoby to wydatki na zasiłki dla osób, które są zdolne do pracy.

Oczywiście nie wszyscy zgadzają się z wymienionymi pomysłami. Nie zmienia to faktu, że dla istotnego ograniczenia wydatków państwa potrzebne są jakieś teoretyczne podstawy, w szczególności pomysły na to, jak sektor prywatny przejąć mógłby niektóre funkcje rządu. Z samego nawoływania do cięć i do zerwania z marnotrawstwem niewiele wynika.

Maciej Bitner