W USA mamy nadprodukcję gazu. Zamykane są kolejne odwierty, bo wzrost efektywności wydobycia gazu łupkowego powoduje, że producentom sprzedaż tego surowca na rynek wewnętrzny się nie opłaca. W tej chwili cena gazu za 1 tys. m sześc. wynosi ok. 70 – 80 dolarów. Sposobem na zwiększenie opłacalności jest sprzedaż gazu za granicę. Według ostatnich informacji w Stanach powstaje kilka terminali LNG, które mają służyć do eksportu surowca za granicę. Do tego dochodzą plany naftowe USA. Zakładają one znaczny wzrost wydobycia ropy naftowej, także ze złóż łupkowych, dzięki czemu kraj ten ma zwiększyć swoje bezpieczeństwo energetyczne. Te dwa elementy oraz rozwój energooszczędnych technologii, takich jak silniki hybrydowe, musi doprowadzić do spadku cen gazu, a potem ropy naftowej.

To, co wydaje się pożądane osobom zmęczonym wysokimi rachunkami za gaz, kryje w sobie jednak zapowiedź kryzysu. Ucierpią bowiem na tym sprzedawcy surowca, czyli kraje arabskie i producenci z Ameryki Południowej. Zwłaszcza ci pierwsi są przyzwyczajeni do wysokich cen, co stwarza ryzyko, że w ich budżetach zbyt dużo pieniędzy pochodzi z wydobycia surowców.

Kłopoty będą mieli także Rosjanie, których budżet blisko połowę wpływów czerpie z eksportu ropy, gazu i innych surowców. Wprawdzie po doświadczeniach z 1998 r. postarali się zbudować poduszkę w postaci funduszy państwowych, ale chyba nikt nie ma pewności, że to wystarczy na przetrwanie chudych lat. Zwłaszcza że spora część wpływów topiona jest np. w wartych wiele miliardów dolarów przygotowaniach i do olimpiady w Soczi, i do mistrzostw świata w piłce nożnej.

Przy spadku cen ropy i gazu rosyjski budżet musi się załamać. Zapewne podobnie będzie wyglądać sytuacja w innych krajach eksportujących ropę.

A jeśli pojawi się sygnał, że jakieś państwo ma kłopoty z wypłacalnością – a takie na pewno się znajdzie – pożar ogarnie rynki wschodzące. I nie będzie miało specjalnego znaczenia, czy są to kraje mające z ropą cokolwiek wspólnego, czy też nie.

Jedną z cech, którą posiada obecny system finansowy na świecie, a kryzys wcale tego nie zmienił, jest powiązanie rynków na wielką skalę. Inwestorzy instytucjonalni zwykle są obecni w wielu krajach i grają różnymi instrumentami. I zawsze, aby zrównoważyć straty na jednym z rynków, sprzedają w innym miejscu. Ich liczba i potęga finansowa powodują, że wiele tych podmiotów dokonuje zbliżonych operacji niemal jednocześnie, co tylko zwiększa straty i wymusza szerszą wyprzedaż. Taki właśnie był scenariusz upadku giganta wśród funduszy hedgingowych LTCM w 1998 r., kiedy wywrócił się on na obligacjach rosyjskich.

Problemy z cenami ropy naftowej i gazu to oszczędności dla konsumentów w Polsce. Jednak dla polskich firm mogą oznaczać zamknięcie niektórych rynków. Zwłaszcza że teraz – starając się uciec z ogarniętej kryzysem Europy – szukają innych możliwości zbytu, przez co sprzedaż do krajów rozwijających się i Rosji rośnie w tempie dwucyfrowym. Od dywersyfikacji i szczęścia będzie zależeć to, jak mocno odbiją się na polskich firmach kłopoty państw surowcowych.

Dodatkowym elementem niepewności będzie kurs złotego, który zawsze w takich wypadkach wpada w huśtawkę. Przy gwałtownym osłabieniu może dojść do sytuacji, że polskie firmy będą miały i problemy z należnościami z państw dotkniętych spadkiem cen surowców, i jednocześnie z płatnościami w euro czy dolarach, które mogą gwałtownie wzrosnąć. Przy wzmocnieniu złotego – pierwsza część problemów będzie ta sama, choć zła sytuacja eksporterów zostanie dodatkowo pogorszona przez spadek konkurencyjności eksportu, za to import może stanieć i pogorszyć polski bilans płatniczy. To zaś może odbić się pozytywnie na dochodach budżetu (na imporcie państwo zarabia), ale zwiększyć ryzyko inwestowania w polskie obligacje.

Oczywiście trudno powiedzieć, jak silny będzie ten nowy kryzys na rynkach wschodzących. Dużo zależy od tego, jak mocny będzie spadek cen, gdzie uderzenie będzie najsilniejsze i jakie zabezpieczenia państwa surowcowe stworzą.

Za to nie ma problemu z wyznaczeniem początku kryzysu. On już się zaczął w chwili, gdy spółki amerykańskie przystąpiły do budowy terminali LNG. Ale zacznie być widoczny dopiero wtedy, kiedy pierwsze statki z gazem na pokładzie odbiją od brzegów USA.