Najpierw Hollande zafundował Unii spektakl blokowania paktu fiskalnego. Gdy nie udało się przekonać Angeli Merkel do jego radykalnej renegocjacji, wybił umowie zęby. Francja nie wprowadzi do konstytucji kotwic zadłużenia. Gdy na taki gest decyduje się druga gospodarka strefy euro, nie sposób oczekiwać, by pakt został poważnie potraktowany przez rynki finansowe.

Dalej było gorzej. Socjalista zaproponował powołanie funduszu wzrostu, konstruując przy tym nowy mechanizm polegający na przesuwaniu pieniędzy z budżetu UE. Chodzi o niewydane fundusze strukturalne, które powinny posłużyć np. do walki z bezrobociem nad Sekwaną. Tutaj Hollande, który jest zwolennikiem unii co najmniej dwóch prędkości (strefy euro i reszty), okazał się gorliwym wyznawcą zasady solidarności w UE. Dlaczego niewydane przez Rumunów czy Bułgarów fundusze nie mogą posłużyć któremuś z państw unii pierwszej prędkości – najlepiej Francji?

Kolejny pomysł przeszedł bez większego echa, a jest równie wątpliwy. Hollande proponuje, by pieniądze z – montowanego w ramach ściślejszej współpracy w UE – podatku od transakcji finansowych sponsorowały walkę z kryzysem w strefie euro. Problem w tym, że ten podatek od początku był pomyślany jako jedno z nowych źródeł finansowania budżetu całej UE, a nie mechanizm naprawiania strefy euro.

Na gruncie krajowym Hollande jest równie kreatywny. Korzystając z fatalnego PR, jaki ma niemiecka polityka cięć, zakwestionował sens odchudzania państwa francuskiego i wybrał fiskalizm. Francuski prezydent ma pełnię władzy i w polityce może niemal wszystko. Jako polityk nie jest już „raczej niebezpiecznym panem”. Jest po prostu niebezpiecznym panem.