Na rynkach znów dominuje niepewność. Trudno się temu dziwić, bo złym informacjom gospodarczym z Chin, strefy euro i Stanów Zjednoczonych towarzyszy rosnący niepokój związany z sytuacją w Grecji i Hiszpanii, o Cyprze nie wspominając. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że zanim poznamy wyniki wyborów w Grecji, doczekamy się hiszpańskiej korridy. Jeśli do tego dojdzie, byki mogą wyjść z niej mocno poturbowane.

We wtorek na giełdach naszego kontynentu wielkich strat (za wyjątkiem Aten i Warszawy) nie poniosły. Negatywny wpływ kolejnych kiepskich danych makroekonomicznych został zneutralizowany nadzieją na to, że do gry włączą się czołowe banki centralne świata, by po raz kolejny załagodzić napięcia. Nadzieje te znalazły wsparcie w doniesieniach z telekonferencji G7. Japoński minister finansów poinformował o woli współpracy w rozwiązywaniu europejskich problemów. Podobno działania podjęte mają być szybko. 

Bez echa przeszła informacja, że niemiecki rząd przygotował plan stymulowania wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej. To raczej nie przełom w stanowisku Niemiec, wymuszonym przez partie opozycyjne. Przedstawione propozycje należą raczej do kategorii "nisko kosztowych", czyli mało konkretnych.

Nerwowość przejawia się na giełdach w postaci nietypowych zjawisk. Jednym z nich była zaskakująca siła indeksu w Madrycie, w dniu, w którym dwóch ministrów niemal otwarcie sugerowało konieczność udzielenia Hiszpanii pomocy finansowej, a jednocześnie pond 5 proc. spadek wskaźnika w Atenach, mimo braku niepokojących informacji. Drugie to widoczne od kilku dni różnice w zachowaniu indeksów w Paryżu i Frankfurcie, na korzyść tego pierwszego.

W ubiegły piątek DAX stracił 3,4 proc., a CAC40 jedynie 2,2 proc. Poniedziałek i wtorek to nadal mocne zachowanie francuskiej giełdy i kontynuacja spadków na niemieckiej. Trzecie wreszcie, to utrzymująca się zaskakująca względna siła naszego parkietu. Po mocnym tąpnięciu z 23 maja WIG20 przez osiem sesji demonstrował swoją niezależność. Niestety, większość uciułanego w tym czasie dorobku roztrwonił wczoraj, spadając o 1,8 proc.

Wall Street wychodzi z szoku po piątkowych fatalnych danych  rynku pracy. Wczoraj Dow Jones zyskał 0,2 proc., a S&P500 niemal 0,6 proc. Dziś w Azji także powiało optymizmem. Na godzinę przed końcem handlu Nikkei rósł o 1,9 proc. Niewiele to zmienia, gdyż indeks od marca stracił prawie 20 proc. W Hong Kongu zwyżki sięgały po 0,8 proc. Jedynie w Szanghaju wskaźniki pozostawały nieznacznie nad kreską.

Rosnące po 0,5-0,6 proc. kontrakty na amerykańskie indeksy sugerują korzystny dla byków początek handlu. O końcówce zadecydują na naszym kontynencie słowa szefa EBC, zaś za oceanem publikacja Beżowej Księgi, czyli raportu Fed o stanie i perspektywach gospodarki.

Roman Przasnyski