Tak jak kiedyś niemal wszyscy byli przekonani, że Europę da się uzdrowić niemiecką polityką cięć, tak dziś rolę złotego środka odgrywa lansowany przez Francję mityczny wzrost. W pełni będzie mu poświęcony rozpoczynający się dziś szczyt UE, który promuje kupowanie wzrostu za unijne pieniądze. Niezależnie od tego, jak bardzo niepewny jest rezultat tej metody, dla Polski ma ona kluczowe znaczenie.

Jesteśmy świadkami fundamentalnej zmiany filozofii wydawania pieniędzy w UE. Tak jak kiedyś najważniejsze były rolnictwo i polityka spójności, tak dziś priorytetem staje się walka z kryzysem. A konkretnie bezrobociem, co wiąże się z finansowaniem innowacji i inwestycji infrastrukturalnych w starej Europie. Powstaje przeświadczenie, że nowa Europa swoje już odebrała. Wyrównała zaległości wobec Zachodu.

Czas skupić się na problemach starych państw UE. To tam powinny popłynąć pieniądze. Na przykład poprzez fundusz wzrostu lub Europejski Bank Inwestycyjny. Jeśli propozycje Francji na szczyt zostaną spełnione, na walkę z kryzysem Europa wyda niemal tyle samo co w proponowanej przez Komisję Europejską 7-letniej perspektywie budżetowej po 2013 r. (bilion euro).

Tuż przed szczytem UE lider niemieckiej socjaldemokracji Sigmar Gabriel, niemal kopiując argumenty prezydenta Francji Francois Hollande’a, zaproponował pakt dla wzrostu i inwestycji. Program ten miałby zostać sfinansowany m.in. przez „lepsze wykorzystanie środków z unijnych funduszy strukturalnych”. SPD proponuje też, by zamiast przeznaczać 40 proc. budżetów na subwencje rolne, inwestować w badania, rozwój i edukację. Partia Gabriela w przyszłym roku odsunie pewnie Merkel od władzy.

We Francji już rządzi socjalista o podobnych poglądach (choć pewnie zetrze się z Niemcami w sprawie polityki rolnej). Zabawa w przesuwanie pieniędzy nabiera tempa. A Polska powinna robić wszystko, by przeświadczenie o tym, że nowa Europa swoje już dostała, nie zamieniło się w powszechnie obowiązującą poprawność polityczną.