Nie mam pretensji o to, że urzędnicy upierają się, że jeżdżą samochodami średniej klasy, chociaż kosztują one dwa razy więcej niż rzeczywista klasa średnia. To jasne, że minister czy wiceminister nie chcą się gnieść w jakimś kompakcie i „średni” to dla nich samochód, którego nie muszą się zupełnie wstydzić, ale też nie taki, który da się porównać z autami wielu z ich petentów, np. z biznesu. Tu, jeśli można się do czegoś przyczepić, to tylko do mącenia nam w głowach nazewnictwem.

Prawdziwy problem tkwi gdzie indziej – w tym, że pozwoliliśmy urzędnikom przyzwyczaić się do „kupowania”, a nie tylko do „korzystania” z samochodów (czyli do długoterminowego wynajmu), chociaż w tym drugim przypadku nie trzeba od razu wykładać na stół całej wartości pojazdu, nie mówiąc już o takich drobiazgach, jak zrzucenie z urzędu konieczności dbania o swoją własność.

No, ale jak minister samochód kupi, a nie tylko wypożyczy, to przyczynia się do rozwoju gospodarki – w ten sposób można przecież dać pracę kilku specjalistom od utrzymania własnej floty, nawet jeśli w sektorze prywatnym ktoś zająłby się tym samym lepiej i taniej.

W przypadku samochodów, których jest stosunkowo niewiele, łatwo o wyliczenia, które pozwalają wykazać, że urzędnicze – czyli nasze – pieniądze można by wydawać sensowniej. Ile razy spotykamy się z marnowaniem małych kwot, ale w sumie na znacznie większą skalę? Były już próby rządowego oszczędzania, np. przez łączenie zakupów. Jak jednak widać na przykładzie aut, stare przyzwyczajenia zwalczyć bardzo trudno.