Jednak nie oznacza to, że walka z deficytem się kończy. Trwa chyba od lat 20. i pewnie potrwa jeszcze długo. Tymczasem sprawę dałoby się załatwić szybciej, po prostu uchwalając ustawę o konieczności zrównoważenia finansów państwa czy też nakazującą budżetowi utrzymywać nadwyżkę.

Oczywiście samo uchwalenie prawa nie oznacza od razu, że będzie ono stosowane. Ale z drugiej strony są zapisy, które najwyraźniej stanowią wręcz świętość (oczywiście, w rozumieniu rządu i administracji, co oznacza, że obchodzi się je w mniejszym stopniu niż inne). Ot, choćby zapisy ostrożnościowe – mimo że progi utrudniają życie, a ich nieprzekraczanie wymaga sporo wysiłku i ogromnej kosmetyki, nikt nie chce ich likwidować. A przecież zakaz deficytu będzie wyglądał jeszcze lepiej – nawet jeśli okaże się, że wielu instytucji się nie wlicza przy liczeniu wartości dziury w kasie państwa.

Istnieją zapisy, które rządzący traktują jak świętość, na przykład próg ostrożnościowy. A po co utrzymywać deficyt, gdy jest wzrost gospodarczy?

Generalnie deficyt budżetowy nie ma specjalnego uzasadnienia. Jeśli mamy wzrost gospodarczy, deficytu być nie powinno. Zwłaszcza że skutkuje on zwiększeniem wydatków w przyszłości. Od biedy da się uzasadnić istnienie dziury w kasie w przypadku spowolnienia gospodarczego. Wtedy zwiększone wydatki państwa finansowane długiem mogą złagodzić recesję czy też pomóc w jej przezwyciężeniu. Jednak najwyraźniej od 20 lat mamy recesję, bo państwo cały czas pompuje pieniądze w gospodarkę i końca nie widać. W efekcie koszty obsługi długu przewyższają wpływy z podatku dochodowego od osób fizycznych. Innymi słowy – gdyby nie dług, nie musielibyśmy wypełniać PIT-ów (choć oczywiście, płacilibyśmy składki ZUS-owskie; w polskiej sytuacji w powiedzeniu, że pewne są tylko śmierć i podatki, te ostatnie należałoby zmienić na składki ubezpieczeniowe).

Tymczasem z punktu widzenia pobudzenia gospodarki nie ma większego znaczenia, czy pieniądze są brane z emisji długu, czy też wyciągane z zaskórniaków odłożonych z nadwyżek budżetu w latach poprzednich. Prawie nie ma znaczenia, bo to drugie rozwiązanie jest korzystniejsze, jako że państwo nie konkuruje z obywatelami i firmami o pieniądze z banków czy innych instytucji finansowych.

Bardziej racjonalna jest zgoda na deficyt w sytuacjach nadzwyczajnych, typu wojna czy klęska żywiołowa. Tylko znowu pojawia się parę wątpliwości związanych z wojną. Bo jak to zapisać? Czy wystarczy zagrożenie konfliktem zbrojnym, czy też już wojna? Uzależnienie zgody na zadłużanie się od samego wybuchu wojny może utrudnić nieco znalezienie chętnych na zakup polskich obligacji. W końcu nie wiadomo, kto miałby je spłacać w razie porażki.

Poza tym – tak sobie liczę i wychodzi mi, że w ostatnich dwudziestu latach polskie siły zbrojne brały udział w co najmniej dwóch wojnach, w Iraku i Afganistanie. Czy to już by się kwalifikowało do zadłużania się, czy jeszcze nie?

Nie jestem przekonany, czy każda władza stosowałaby się do przepisów. Odkąd generał w czarnych okularach bez rzeczywistych powodów i z pogwałceniem prawa wprowadził stan wojenny, jestem bardzo nieufny. A całkiem możliwe, że nawet rząd demokratycznie wybrany dla własnej wygody wykorzystałby okazję, aby np. wprowadzić stan klęski żywiołowej, aby móc się zadłużać, zamiast przyciąć tu i ówdzie wydatki.

Zakaz deficytu miałby też tę dodatkową zaletę, że uczyniłby nas znowu prymusami w Europie. Kiedy inni powoli i w bólach ograniczają deficyt, my moglibyśmy wyjść przed szereg i pokazać – niczym członkowie grupy Nieanonimowych, Notorycznych Deficytowców – że zrywamy z tym nałogiem raz i na zawsze. Sądzę, że ten argument może przypaść do gustu premierowi Donaldowi Tuskowi i jego ministrom. Mam wrażenie, że oni lubią od czasu do czasu wykreować się na bardziej europejskich od innych. Z tym że w przeciwieństwie do szybkiego podpisu umowy ACTA albo entuzjastycznego poparcia dla wspierania MFW, w sytuacji kiedy inne kraje europejskie chciały nas wyprosić od stołu, to posunięcie miałoby więcej sensu.