Ponad połowa firm w Europie szykuje scenariusze na wypadek bankructwa któregoś z państw unii walutowej lub upadku euro. Informacji o planach ewentualnościowych nie sposób lekceważyć. Bo niosą duży potencjał samospełniającej się przepowiedni.

 Mimo tej operacji rentowność włoskich dziesięciolatek nadal jest powyżej bezpiecznego poziomu. Momentami sięgała 8 proc. Inwestorzy nie dają też wiary w siłę wychwalanej przez niektóre media słynnej bazooki – Europejskiego Instrumentu Stabilności Finansowej. Podobnie jest z propozycją zadekretowania w unijnych dokumentach wyższej konkurencyjności zadłużonego Południa. Nie ma też przekonania co do zmian instytucjonalnych proponowanych przez duet niemiecko-francuski.

Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Europa ma znacznie poważniejszy problem niż długi Południa. Ma rację szef polskiej dyplomacji, gdy mówi, że kontynent przestał być wiarygodny. Jego klasa polityczna momentami zachowuje się, jakby czekała na mityczny strzał z „Aurory” – pierwsze bankructwo i pierwszy powrót do narodowej waluty. Taki scenariusz byłby jednak katastrofą, bo nie skończy się na jednej niewypłacalności. Grecja albo Portugalia są w stanie otworzyć cały ciąg zdarzeń, które pogrzebią europejski wspólny rynek. Pozostaje mieć nadzieję, że analizy wieszczące takie warianty, które znajdują się w szufladach prezesów Simensa czy Volkswagena, pozostaną wizjami przewrażliwionych ekonomistów.

Rzymski myśliciel Wegecjusz w klasycznym dziele „O sztuce wojskowej” radzi, jak wygrywać wojny i dobierać taktykę bitewną. Podaje szczegółowe opisy zabiegów logistycznych, szkolenia oddziałów i mądrego dowodzenia nimi. W „De re militari” najważniejsze jest jednak co innego. Maksyma z trzeciej księgi „Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę” („Si vis pacem, para bellum”). Pozostaje mieć nadzieję, że korporacyjne przygotowania go zapewnią i nie zmienią się w samospełniające się proroctwo.