Można go przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Odczuć satysfakcję, że finanse państwa będą w lepszym stanie, i koniec. A niesłychanie mocny demokratyczny mandat, jaki w wyborach uzyskała Platforma Obywatelska, zinterpretować jako w istocie mandat antyreformatorski. Wmówić sobie, że wyborcy wybrali partię, która gwarantuje względnie spokojne trwanie, bez większych zmian i, broń Boże, wstrząsów. Nie fundować społeczeństwu terapii szokowej, jaką byłyby odchodzenie od przywilejów emerytalnych i reforma systemu świadczeń społecznych czy chociażby finansowania służby zdrowia.

Pytanie tylko, czy sztuka spokojnego trwania przysłuży się rozwojowi tego kraju, a to przecież pochodna zdrowych finansów publicznych. Ekonomiści niemalże jednym chórem odpowiadają: nie. Bronienie się przed reformami byłoby zresztą strategią z gatunku niepojętych. Świetny wynik wyborczy; nawoływania ekspertów i przeświadczenie sporej części opinii publicznej; poparcie mediów dla zmian, w czym swój udział ma nasza gazeta; reformatorski zapał, jaki ogarnął pół Europy – czego chcieć więcej? Być może zwycięstwa w kolejnych wyborach. No to w takim razie wypada pogratulować strategii. Politycznej, nie gospodarczej, bo z dobrym rządzeniem krajem nie miałoby to wiele wspólnego.

Zwłaszcza że wbrew utartej i niesprawiedliwej opinii Platforma ma za sobą co najmniej jeden reformatorski sukces, czyli zmiany w systemie emerytur pomostowych. I co? Ludzie wyszli na ulice? PO przegrała któreś z wyborów? Społeczeństwo ma się gorzej? Ludzie drastycznie zbiednieli? Nic z tych rzeczy. A korzyści z uporządkowania systemu są widoczne i wymierne w postaci kilkunastu miliardów złotych rocznych oszczędności. Wygenerowanych dzięki reformie systemowej przeprowadzonej z determinacją, mimo weta prezydenta, a nie dzięki splotowi okoliczności, jak w przypadku zysku z NBP.