Wszyscy wyborcy, a nie tylko zwolennicy PO, chcieliby wiedzieć, co nowy premier Donald Tusk zrobi teraz z otrzymanym kredytem zaufania. Jeżeli podejmie wysiłek reformatorski, ma szanse przejść do historii nie tylko jako pierwszy premier w wolnej Polsce, który będzie rządził drugą kadencję, lecz także jako mąż stanu, który zdołał przywrócić szybki wzrost gospodarczy.

Obecny kryzys w strefie euro i nadchodzące spowolnienie w Polsce, którego skali nie jesteśmy w stanie teraz precyzyjnie określić, nie są argumentem za hamowaniem koniecznych reform. Dzięki nim można trwale zwiększyć tempo poprawy życia zarówno obecnego, jak i przyszłych pokoleń. Nowy rząd został obdarzony kredytem zaufania nie tylko przez wyborców, którzy tydzień temu poszli do urn, lecz także przez agencje ratingowe i inwestorów kupujących polskie obligacje. Przed wyborami nie oczekiwali oni, że dotychczasowy rząd koalicji PO – PSL podejmie szczególnie silny wysiłek reformatorski. Ale za chwilę powiedzą: sprawdzam. Jeżeli nowy rząd nie przedstawi wiarygodnego planu równoważenia finansów publicznych, który uwzględni perspektywy słabnącego wzrostu gospodarczego w Polsce i w Europie, to trudno będzie nam utrzymać stabilność złotego i powstrzymać wzrost rentowności naszych obligacji. Bez tego planu dług publiczny niemal na pewno przekroczy próg 55 proc. PKB.

Mówiąc o reformach, zbyt często koncentrujemy się na ich krótkoterminowych kosztach, a nie dostrzegamy wynikających z nich korzyści, które wcale nie muszą się pojawić dopiero w odległej perspektywie. Co więcej, rzadko porównujemy te korzyści z kosztami utrzymania szkodliwego status quo. Brak reform, które zachęciłyby ludzi do podejmowania produktywnych działań, takich jak praca i inwestowanie, hamuje tempo wzrostu naszych dochodów i jakości życia. Obecny kryzys finansów publicznych w Europie nie wynika z nadmiaru wolnorynkowych reform, ale z ich niedostatku i wiecznego odkładania na kolejne lata. Grecja, Włochy, Hiszpania czy Portugalia przez wiele lat żyły na kredyt, utrzymywały wysoki deficyt nawet w czasie dobrej koniunktury, korzystając z niskich stóp procentowych i napływu kapitału z bardziej rozwiniętych krajów północnej Europy. Teraz mieszkańcy tych krajów płacą wysoką cenę za wcześniejszy oportunizm klasy politycznej.

Dotychczas w krajach postsocjalistycznych z naszego regionu niewielu reformatorskim partiom lub koalicjom udało się utrzymać przy władzy przez dwie kolejne kadencje. Ale od tej reguły są wyjątki. Przykładowo w 2002 roku na Słowacji nowy rząd utworzył dotychczasowy premier Mikulasz Dzurinda. W okresie drugiej kadencji (2002 – 2006) jego rząd zmniejszył wydatki publiczne z 45 do 37 proc. PKB, głównie ograniczając transfery społeczne, wydatki socjalne i płace w sektorze publicznym. To wtedy na Słowacji wprowadzono 19-proc. podatek liniowy PIT i CIT, a także ujednolicono VAT na poziomie 19 proc. W latach 2002 – 2006 dochód na mieszkańca Słowacji wzrósł o 25 proc. W przeciwieństwie np. do krajów nadbałtyckich, ten wzrost nie wynikał z nadmiernej ekspansji kredytowej, ale z większych inwestycji i eksportu. W okresie drugiego rządu Dzurindy napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych na Słowacji wynosił przeciętnie ponad 7 proc. PKB, najwięcej wśród krajów regionu. O sukcesie jego rządów świadczy także to, że w latach 2002 – 2006 dług publiczny spadł z 43 do 30,5 proc. PKB. W 2004 roku Bank Światowy zaliczył Słowację do najszybciej reformujących się krajów świata.

Słowacja jest dla nas doskonałym wzorem i przykładem tego, jakie sukcesy gospodarcze może osiągnąć kompetentny rząd, który sprawuje władzę przez drugą kadencję. Atutem premiera Tuska, podobnie jak w przeszłości Mikulasza Dzurindy, jest to, że ma już doświadczenie w kierowaniu rządem. W wojsku najcięższe zadania zazwyczaj powierza się żołnierzom, którzy są już zaprawieni w boju. To zwiększa szanse wygranej. Trzymajmy kciuki, aby nam się udało.