Większość analityków ekonomicznych i finansowych prognozuje przyszłość, opierając się na założeniu, że kolejne kilka lat będzie takie jak minione. Stosuje się skomplikowane pojęcia, jak potencjalne tempo wzrostu lub ekstrapolacja trendu, ale w sumie sprowadza się to do tego samego. Oczekujemy, że nieodległa przyszłość będzie podobna do niedawnej przeszłości.

Taka metoda sprawdza się dobrze, gdy świat, region lub kraj funkcjonują w ramach ustalonego porządku. Tymczasem w minionej dekadzie obserwowaliśmy zdarzenia, które wskazują na bezprecedensowe w skali zmiany, które tworzą nowe reguły gry. Przypomnijmy tylko niektóre:

– innowacje finansowe doprowadziły do krachu finansowego i globalnej recesji, instytucje finansowe stały się tak duże, że ich bankructwo grozi upadkiem krajów;

internet zmienił sposób, w jaki funkcjonują całe społeczeństwa. Serwis internetowy Twitter może prowadzić do rewolucji w Afryce, a serwis Messenger do masowych zamieszek w Londynie;

– po dwustu latach dominacji świata Zachodu Chiny stały się jednym z globalnych gigantów gospodarczych i finansowych, powoli stają się mocarstwem militarnym;

– po sześćdziesięciu latach traumy po II wojnie światowej Niemcy ponownie wyrastają na mocarstwo, które decyduje o losach Europy;

– masowe media doprowadziły do sytuacji, w której ludzie wiedzą więcej o kolorze bielizny nowej gwiazdy telenoweli niż o wyzwaniach, które czekają ich kraj lub miasto. Nikt nie czyta programów gospodarczych, nie słucha debat, liczy się uśmiech i kolor krawata. To nieuchronnie prowadzi do degradacji elit;

– rządy i gospodarstwa domowe są tak zadłużone, że wierzyciele zaczęli masowo kwestionować zdolność do spłaty długów. Grecja już zbankrutowała, chwieją się Portugalia, Irlandia, Hiszpania i Włochy;

banki centralne prowadzą politykę, która jeszcze dwie – trzy dekady temu skutkowałaby zesłaniem ich szefów do szpitali dla wariatów. Drukują pieniądze na masową skalę, finansują rządy krajów, które na skutek grzechów fiskalnych są zagrożone bankructwem, do tego na wielką skalę. Rezerwa Federalna i EBC kupują obligacje rządowe w celu obniżenia ich oprocentowania;

– gwałtownie zmienia się klimat, w minionej dekadzie mieliśmy najwięcej katastrof naturalnych od ponad 100 lat;

– liczba ludności szybko rośnie, a jednocześnie społeczeństwa w zamożnych krajach się starzeją.

Wymienione fakty, przy czym można ich przywołać znacznie więcej, wskazują na zbliżający się nowy globalny porządek. To oznacza, że analiza minionych 20, 30 czy nawet 40 lat niewiele nam powie o tym, co nas czeka w kolejnej dekadzie. Będziemy nieustannie zaskakiwani nowymi wydarzeniami.

Przypomnijmy, że gdy w Londynie i Nowym Jorku głównym środkiem lokomocji były dorożki i ich liczba rosła, powszechnie prognozowano – opierając się na analizie trendów – że miasta utoną w końskim łajnie. Wkrótce pojawił się samochód i w miastach nastał nowy porządek, a z czasem nowe problemy, jak zanieczyszczenie powietrza, korki czy rosnąca liczba wypadków.

To samo czeka nas w najbliższej dekadzie. Olbrzymia liczba analityków będzie przewidywała „liczbę dorożek i ilość końskiego łajna”, podczas gdy nowy porządek staje się faktem. Niestety na początku trudno będzie go rozpoznać, tak jak na początku XX wieku niewielu od razu przewidziało potencjał samochodu, jego dominację i upadek transportu dorożkowego.

Wiele osób pyta mnie ostatnio, jak inwestować pieniądze w takich czasach. Postawić na złoto, nieruchomości, unikać akcji czy wręcz przeciwnie – kupić, bo są tanie. To pytania o to, czy przejazd dorożką stanieje, czy zdrożeje i czy warto wsiąść, czy raczej trzeba poczekać. Tymczasem zbliża się era samochodu. Nadchodzi nowy porządek.