Światowa zawierucha przeorze w Polsce rynek finansowy. Możliwe, że za kilka lat pozostanie tu kilka mocnych banków. Czyli tyle, ile trzeba.

Na razie jest ich prawie 50, do tego niemal 600 banków spółdzielczych. Po co tyle? Dokładnie nie wiadomo. Być może w grę wchodzą aspiracje młodych gospodarek, które lubią stawiać niemal przy każdej większej fabryce obsługujący ją bank. A może to cecha charakterystyczna dopiero wykluwających się rynków, na których potrzeby finansowe są jeszcze niezaspokojone, więc tempo wzrostu operacji bankowych może być imponujące. To oznacza szybkie i wysokie zyski dla instytucji, które pierwsze wejdą do takiego kraju. Po latach sytuacja się zmienia, dynamika słabnie, pojawia się mocna konkurencja. Jeżeli do tego dojdzie kryzys, gra staje się jeszcze trudniejsza.

Na szczęście obecne globalne przesilenie nie oznacza dla Polski niczego strasznego. Nasz rynek finansowy trzyma się mocno, żadne banki nie padają, państwo nie musiało, jak na Zachodzie, ratować ich przed katastrofą. Niemniej jednak poważnych zmian nie da się uniknąć. Inspirują je kłopoty zagranicznych właścicieli, którzy muszą sprzedawać swoje polskie posiadłości, by oddać pieniądze pożyczone od rządów. Taki los spotkał już BZ WBK, Polbank EFG, Fortis, podobna zmiana właściciela czeka Kredyt Bank, Wartę i prawdopodobnie Millennium. Na polskim rynku pozostanie kilku mocnych graczy, którzy będą mieli pieniądze, by kupić innych, podłączyć ich do swojego biznesu i dalej ciągnąć interes, zarabiając na nim krocie.

Mniejsze zagraniczne banki nie będą miały u nas czego szukać. Po części dlatego, że kryzys poważnie nadszarpnął ich finanse, z tego powodu muszą się ratować, wyprzedając mniej ważne części majątku. Nie będą też w stanie dać sobie rady z coraz mocniejszą konkurencją potentatów – PKO BP, Pekao SA czy Santandera. Zamiast wdawać się w nierówną walkę z gigantami, lepiej sprzedać z zyskiem to, co się ma w Polsce, i wracać do domu.

A że znikną z naszego rynku Grecy, Belgowie, Portugalczycy, może Austriacy? Trudno. Ważne, że rynek będzie się nadal kręcił i że konkurencja nie zostanie ograniczona. Mniej banków to sygnał normalności, a nie dramat.