W poniedziałek nad pogarszającą się sytuacją Grecji radzić będą ministrowie finansów strefy euro. Mają nie lada orzech do zgryzienia. W ubiegłym roku kraj ten dostał pakiet pomocowy o wartości 110 mld euro, z czego połowa została już wypłacona. Warunkiem miały być głębokie reformy, cięcia wydatków i prywatyzacja. Po roku Grecja odstawiłaby kroplówkę i odzyskała zdolność do pożyczania na rynku. Niestety, nic takiego się nie stało. PKB spadł w ubiegłym roku o 4,2 proc., bezrobocie wzrosło do 15 proc., deficyt wyniósł 10,5 proc. PKB, choć miał być zredukowany do 9,6 proc. Dług sięga już 330 mld euro. Jak zwykle najpierw pojawiły się przecieki w prasie, potem zaś grecki rząd otwarcie przyznał, że nie obejdzie się bez dodatkowej pomocy. Wróciliśmy więc do punktu wyjścia, zmarnowano okrągły rok.

Do tego prowadzi szastanie pieniędzmi przez polityków strefy euro i urzędników MFW. To nie ich pieniądze, tylko podatników, niczym więc tak naprawdę nie ryzykują. Szybko uwierzyli w zapewnienia Greków, że sobie poradzą z finansami, pochwalili początkową determinację premiera Georgiosa Papandreu, który grzmiał: – Nie będziemy restrukturyzować naszego długu, tylko zrestrukturyzujemy Grecję. Potem odpuścili, by obecnie przebudzić się w sposób bolesny.

Członek rady zarządzającej Europejskiego Banku Centralnego Ewald Nowotny przyznał, że zespół inspektorów banku, Komisji Europejskiej i MFW, który przebywa obecnie w Atenach, dopatrzył się „niedociągnięć w implementacji programu pomocowego”. Z drugiej strony politycy rządzącej partii PASOK narzekają, że warunki MFW są zbyt surowe, wpędzają kraj w recesję, i chcą negocjować przesunięcie spłat, a nawet restrukturyzację zadłużenia. Tylko kto zagwarantuje, że nawet po cięciu długu o 40 proc. kraj stanie na nogi?

Co więc robić? Determinacja rządu, a właściwie socjalistów z PASOK, do reform, mimo werbalnych zapewnień, najwyraźniej osłabła. Ministrowie finansów strefy euro powinni wywrzeć na Greków silniejszą presję i przekazywać kolejne transze pomocy tylko po spełnieniu określonych warunków. Grecy nie mają wyjścia. Wiedzą, że brak porozumienia, a nawet wyjście z Eurolandu, mogłoby się okazać dla nich sto razy gorsze niż dla strefy euro.

W państwowych firmach, które wpadły w tarapaty, wprowadza się zarząd komisaryczny. Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie narzucał Grekom takiego rozwiązania, bo godziłoby to w suwerenność. Żarty jednak się skończyły. Przede wszystkim rząd powinien zreformować niewydolny aparat skarbowy i przyspieszyć prywatyzację, np. sprzedaż operatora telekomunikacyjnego OTE czy udziałów w portach morskich czy lotniczych. Grecja jest jedynym krajem w UE, który nie ma scentralizowanego katalogu własności nieruchomości skarbu państwa. 25 proc. własności państwowej nie ma ksiąg hipotecznych. Do zmiany tego stanu rzeczy nie trzeba dodatkowych oszczędności, to nie jest dotkliwe społecznie.

Przed rokiem wypłacono pieniądze i zajęto się kolejnymi potencjalnymi bankrutami. Nie pozostawiono na miejscu grupy ekspertów, którzy nadzorowaliby działania rządu na bieżąco. Najlepiej, gdyby byli tam Łotysze, którzy prowadzeni przez premiera Dombrovskisa pokazali, jak można uzdrawiać finanse publiczne przy spadku PKB o kilkanaście procent w skali roku. Niestety, dopiero po roku wysłano kontrolę, by stwierdzić, że jest źle.

Jeżeli nie uda się wyprowadzić Grecji na prostą albo trafiać będą tam kolejne łatwe pieniądze, demoralizacji ulegnie Portugalia, która znów wpadła w recesję, czy Irlandia. Kraje te mogą domagać się złagodzenia warunków spłaty i dodatkowych pieniędzy. Zresztą w kolejce staną następne państwa. Nie do takiej strefy euro chcemy wejść.