Rząd i minister Jacek Rostowski osobiście chcą zablokować rozwój Polski poprzez ograniczenie limitów zadłużenia samorządów. Taki mniej więcej przekaz jest najczęściej obecny po ujawnieniu planów Ministerstwa Finansów. Samorządowcy w licznych wywiadach dają upust swojemu rozgoryczeniu, niektórzy z nich przyznają bez ogródek, że są po prostu wściekli. Wiele z przygotowywanych przez nich inwestycji może nie powstać.

Fakt, rozwiązaniom szykowanym przez Ministerstwo Finansów można sporo zarzucić. To, że resort tnie równo, nie zwracając uwagi na różnice w sytuacji poszczególnych samorządów. To, że samorządom narzuca się coraz więcej zadań, nie zapewniając pieniędzy na ich realizację. To, że jest to rozwiązywanie części własnych problemów kosztem słabszych – gdybyż rząd z równą energią zabrał się do porządkowania budżetu państwa.

Tę listę można by pewnie ciągnąć. Problem jednak w tym, że nie mamy tutaj do czynienia z ciemną (rząd) i jasną (samorządy) stroną mocy. Argumentacja ze strony protestujących samorządowców ma kilka słabych, a nawet bardzo słabych punktów. Po pierwsze, wychodzi na to, że jedynym sposobem na realizację tych setek inwestycji było zadłużanie się. W niektórych przypadkach na naprawdę duże pieniądze, z perspektywą przerzucenia problemu spłaty kredytów na następców. Po drugie, mocno zresztą związane z pierwszym – samorządowcy, którzy z determinacją protestują wobec planów Jacka Rostowskiego, często takiej determinacji nie mają, jeżeli chodzi o porządkowanie własnego podwórka. Czy w Polsce rzeczywiście nie ma firm komunalnych, które nadawałyby się do prywatyzacji? Czy gminy sprzedały cały swój niepotrzebny majątek? Czy pozbyły się spółek, których niekoniecznie są najlepszym właścicielem, jak na przykład firm taksówkowych? Obawiam się, że nie. Ale kiedy pojawia się perspektywa unijnej dotacji do inwestycji – najlepiej się zadłużyć. To najłatwiejsze.

Wreszcie trzecia sprawa. Czytam i czytam, jakie inwestycje byłyby zagrożone z powodu niecnych działań resortu finansów. Potężna porcja z nich budzi wątpliwości, czy rzeczywiście są w tych kryzysowych latach absolutnie niezbędne do funkcjonowania i rozwoju miast. Katowice – centrum kongresowe i park wodny. Kraków – ratusz. Budżet Gorzowa rozjechał się na budowie kosztownej filharmonii. Prezydent Bolesławca nie zostanie deweloperem, bo nie wybuduje 150 mieszkań. Władze Warszawy lekką rączką wrzuciły już ponad 300 mln zł w stadion Legii, odległy o jakieś 2 km od Narodowego. A teraz ponad 4 mld zł pójdą na drugą linię metra, której sens jest bardzo wątpliwy z komunikacyjnego punktu widzenia.

Część z tych inwestycji to pomniki, które budują sobie samorządowcy. I mam takie podejrzenie, że podczas ich powstawania niekoniecznie myślą o finansach swoich miast, tylko o tym, że jakoś to będzie.