Ustawa mówi o tym, że po przekroczeniu progu 55 proc. do PKB saldo budżetu dwa lata później musi być dodatnie albo przynajmniej zerowe. Daje jednak też drugą możliwość – deficyt ma być na takim poziomie, aby dług publiczny był niższy od wartości uzyskanej w momencie przekroczenia progu. Ten drugi warunek łatwiej jest spełnić, gdyż oprócz tempa wzrostu gospodarczego relację długu do PKB można obniżyć wpływami z prywatyzacji oraz kursem złotego. Na realizację zapisów ustawy rząd ma dwa lata, bo formalne ogłoszenie przekroczenia limitu następuje w kolejnym roku, a działania, które muszą być podjęte, jeszcze w następnym. Oczywiście skala wyzwań zależy od poziomu deficytu, od którego trzeba dokonywać redukcji. Czym innym jest obniżenie deficytu budżetowego z 8 proc. PKB w dwa lata, a czym innym z 4 proc. PKB. Niemniej pamiętać trzeba, że jest to proces rozłożony w czasie, w którym niebagatelne znaczenie mają przychody z prywatyzacji. Redukcja deficytu rzędu 2 – 3 proc. PKB z pomocą prywatyzacji nie jest na pewno misją samobójczą.

Drugi zapis ustawy mówi o tym, że po przekroczeniu limitu 55 proc. nie przewiduje się wzrostu wynagrodzeń państwowej sfery budżetowej. Po wprowadzeniu reguły wydatkowej, a także przy wprowadzanych przez rząd ograniczeniach wzrostu płac w sferze budżetowej zapis ten nie robi chyba dzisiaj na nikim żadnego wrażenia. Co więcej, parlament ostatnio przyjął nawet ustawę zmniejszającą zatrudnienie w państwowych jednostkach sfery budżetowej o 10 proc.! W stosunku do procedur sanacyjnych z ustawy o finansach publicznych obecne propozycje są znacznie bardziej radykalne.

Trzeci zapis mówi o cenowej waloryzacji rent i emerytur. Taka waloryzacja wprowadzana jest zawsze przy jakichkolwiek problemach budżetowych. Funkcjonowała też w przeszłości. Nie należy do rozwiązań, które można uznać za radykalne.

Ostatnie zapisy mówią o tym, że zamrażane są wydatki w urzędach państwowych, takich jak kancelarie Sejmu, Senatu, Prezydenta, Sądu Najwyższego czy IPN. Trudno o coś bardziej społecznie akceptowalnego. Kolejny zapis to wprowadzenie zakazu udzielania kredytów i pożyczek z budżetu państwa. Ostatni natomiast wprowadza nakaz dla samorządów prowadzenia zrównoważonej gospodarki finansowej bez deficytu.

Proponowane w ustawie sanacyjne działania wyglądają wręcz blado na tle rozwiązań przyjmowanych w Grecji, Irlandii czy nawet Hiszpanii. W Polsce przecież nikt nie mówi o obniżaniu pensji czy też drastycznych podwyżkach czesnego jak w Wielkiej Brytanii. Chcąc obniżyć relację długu do PKB, potrzebne będą prawdopodobnie też inne działania, jak podwyżka wieku emerytalnego czy ściślejsza kontrola zasiłków chorobowych i rent inwalidzkich. Jednak działania te przydadzą się Polsce, zwiększą nasz potencjał wzrostu gospodarczego poprzez podniesienie aktywności zawodowej, jak i obniżenie relacji wydatków państwa do PKB. Konieczność zmniejszenia długu wywarłaby też dodatkową presję na prywatyzację, która jest nam potrzebna nie ze względu na potrzeby budżetowe, ale po to, by zmniejszyć udział przedsiębiorstw znajdujących się pod kontrolą państwa.

Bez względu na to, czy z całą składką do OFE, czy też ze zmniejszoną, dług publiczny w 2011 może przekroczyć 55 proc. PKB. Jeśli przez Europę przetoczy się drugi kryzys, tym razem wywołany paniką związaną np. z niewypłacalnością Hiszpanii, osłabienie złotego może być na tyle duże, że progi ostrożnościowe pękną. Nie byłoby to jednak aż tak straszne dla polityków. Po pierwsze dlatego, że będzie to wiadomo dopiero po wyborach. A po drugie, działania naprawcze najlepiej przeprowadzać na początku kadencji, będąc zmuszonym przez ustawy. A po trzecie, byłoby to dobre dla Polski.