Rząd interweniuje na rynku walutowym, podbijając kurs złotego. To poprawi statystyki dotyczące zadłużenia na koniec roku i oddali nas od progu w wysokości 55 proc. PKB, którego przekroczenie zmusiłoby rząd do radykalnych cięć wydatków i podwyżek podatków. Konsekwencje byłyby dramatyczne i dla społeczeństwa, i dla rządu, który przyszłoroczne wybory pewnie przegrałby z kretesem.

O tym, że w ostatnich dniach doszło do interwencji walutowej, informowały już Bloomberg i Polska Agencja Prasowa, powołując się na dilerów bankowych. Ministerstwo Finansów, które w tej sprawie milczy, ma na swych rachunkach 5,5 mld euro. Wystarczą jednak niewielkie kwoty, by znacznie osłabić euro (spadło wczoraj do poziomu 3,97 zł). Ponieważ prawie jedna trzecia polskiego długu jest zaciągnięta w walutach obcych, cała operacja doprowadzi do zmniejszenia ogólnej sumy zadłużenia liczonej w złotych.

Minister finansów co prawda konsekwentnie zapowiada, że do przekroczenia progu 55 proc. PKB nie dojdzie, ale w życiu pewne są tylko śmierć i podatki. Przekonał się o tym minister Jacek Rostowski, kiedy w końcu 2008 r. niespodziewanie podskoczył deficyt, a unijny komisarz ds. gospodarczych i walutowych Joaquin Almunia pytał: „Jacku, co się dzieje?”. Niestety wystarczy niespodziewane wahnięcie kursu walutowego, zadłużenie się samorządów, nad którym rząd nie ma wystarczającej kontroli, czy spadek wpływów podatkowych, i może się zrobić nieprzyjemnie. Lepiej więc dmuchać na zimne.

To nie pierwszy pozorowany ruch rządu w kwestii finansów publicznych. Wyłączanie z budżetu wydatków drogowych, wojowanie miesiącami z Brukselą o inne liczenie długu, przewidywane ograniczenia transferów składek do OFE czy wspólne konto dla instytucji państwowych to nie są radykalne ruchy uzdrawiające sytuację, na które czekamy. Rząd okazuje się radykalny tylko w kwestii cięć wydatków na drogi, bo te się nie zwiną i nie pójdą protestować.