Przez najbliższy rok na rynkach walutowych i giełdach zapomnijmy o logice. Będą rządziły emocje. W cenie będzie raczej intuicja niż chłodna kalkulacja. To będzie wymarzony czas dla spekulacji. Ci, którzy wiedzą, jak pokierować nastrojami, zbiją fortunę.

Arenę do spekulacyjnych gier stworzyły rządy, które mają kłopot z przezwyciężeniem kryzysu. Atmosferę podkręci oczekiwanie na marcowy szczyt Unii Europejskiej, który ma zatwierdzić zmiany w traktacie lizbońskim. Umożliwią one wprowadzenie stałego mechanizmu ratującego kraje strefy euro przed bankructwem. Szczyt UE będzie dopiero początkiem długiej drogi do ratyfikacji zmian przez państwa członkowskie. Ślimacze tempo, w jakim Unia zabiera się do ratowania własnej skóry, to jak wezwanie do spekulacyjnego ataku.

Jednak nawet najbardziej ambitny budżet przeznaczony na ratowanie gospodarek nie wystarczy, by pomóc takim krajom jak Hiszpania czy Włochy w poważnych kłopotach. Żaden kraj nie weźmie na siebie ratowania bankruta wartego setki miliardów euro. Spekulacje wokół kondycji dużych państw będą chwiały nie tylko kursem euro, ale też akcjami firm i banków, które mają w portfelach ich papiery.

Sporą niewiadomą będzie polityka Fed. Jeżeli strategia drukowania pieniądza, nazywana w USA poluzowaniem ilościowym, będzie kontynuowana, wojna walutowa może wejść w bardziej drastyczną fazę. Co zrobi Fed? Spekulacje na ten temat będą chwiały kursem dolara, a także notowaniami metali szlachetnych.

Okazji do podgrzewania atmosfery nie zabraknie i u nas. Gorącym tematem będą OFE. Fundusze emerytalne to liczący się gracz na polskim rynku finansowym, a manipulowanie ich losami to zabawa zapałkami. Na razie polityczna gra z OFE nie robi na złotym większego wrażenia, pytanie jednak, jak długo.

Żarty się skończą, gdy dług zbliży się do granicy 55 proc. Wtedy pewnie trzeba będzie odpowiedzieć na pytanie: ile zabrać OFE, a może w ogóle ich się pozbyć. Rynkowi puszczą nerwy, gdy uświadomi sobie, że trzeba będzie poświęcić OFE, by ratować budżet.