W rankingach instytucji finansowych badających warunki do prowadzenia biznesu Polska na tle innych krajów wciąż wypada fatalnie. W rankingu Banku Światowego Doing Business 2010 zajęła 70. pozycję. Jak jest źle, może świadczyć fakt, że zbliżone miejsce w odpowiednich dla niej rankingach zajmuje nasza reprezentacja piłkarska.

Wprawdzie w porównaniu z poprzednią edycją raportu poprawiliśmy się o dwa miejsca (jednak w 2008 roku spadliśmy o tyle samo), ale nadal wyprzedza nas nawet Bułgaria (51. miejsce) czy Białoruś (68.), bo o Ruandzie już ze wstydu nie wspomnę.

Najgorzej wypadamy w kategorii uruchamianie działalności gospodarczej: jesteśmy na 113. miejscu. To dlatego, że aby wybudować zwykły magazyn, trzeba przejść 32 procedury przez średnio 311 dni. Na wyrok sądu poczekamy ponad 800 dni.

Jeszcze gorzej Polska wypada pod względem podatków. W rankingu Paying Taxes 2011 firmowanym obok Banku Światowego przez PricewaterhouseCoopers zajęła 121. miejsce (dla części Polaków może być szokiem, że jest aż tyle państw). Złą ocenę wystawiono nam za 29 różnych podatków, na których uregulowanie trzeba poświęcić nawet 325 godzin. Jak broni się Ministerstwo Finansów, w czołówce raportu są raje podatkowe albo kraje takie jak Norwegia, które mają złoża minerałów i stać je na prosty system. Jakby nie można było wprowadzić takiego systemu w Polsce. Poza tym Haiti, Papua czy Bangladesz to ani raje, ani bogate, a są przed nami.

Weźmy kolejny ranking, tym razem wolności gospodarczej, tworzony przez Heritage Foundation wraz z „The Wall Street Journal”. Zawiera opis i ocenę ograniczeń, restrykcyjnych przepisów, udziału państwa w życiu gospodarczym. Zajęliśmy 72. miejsce. Niestety nie tyle awansowaliśmy o 10 oczek, co inni obsunęli się w rankingu za sprawą recesji i ratowania się interwencjonizmem państwowym.

Choć przechodnie mówią nam smutną prawdę, zamiast kupić worek owsa, ignorujemy ich. Rząd wprawdzie obiecuje znoszenie barier administracyjnych, jednak robi to już od lat, a efekty są mniej niż skromne. Przyjęty przez rząd pakiet deregulacyjny to zaledwie początek odbiurokratyzownia gospodarki. Wicepremier Pawlak woli się chwalić reformą KRUS, która „już się odbyła, tylko nie została zauważona”.

Rząd, który do rankingów odnośnie do warunków do prowadzenia biznesu podchodzi jak diabeł do święconej wody, z przyjemnością wyłuskuje te, które pokazują nas w dobrym świetle. W dorocznym raporcie ONZ o rozwoju – Human Development Index – Polska znalazła się na niezłym 41. miejscu. Ale bierze się w nim pod uwagę także średnią długość życia i liczbę lat spędzonych przez przeciętnego obywatela w szkole.

Z kolei w niedawnym rankingu Instytutu Globalizacji Polska zajęła 26. miejsce wśród najdynamiczniej rozwijających się gospodarek świata. Bierze on pod uwagę wzrost PKB. Mamy więc do czynienia z paradoksem. Z jednej strony restrykcyjny system tłumiący przedsiębiorczość, z drugiej zaś jeden z najwyższych w Europie wzrost gospodarczy. Jak to wyjaśnić? Bardzo prosto. To wynik szczęśliwego dla naszej gospodarki zbiegu okoliczności, oraz niezwykłej zaradności polskich przedsiębiorców, niektórych zahartowanych jeszcze w czasach komuny. Dla nich biurokratyczna mitręga i strach przed fiskusem to jak dla żołnierza kolejny nudny dzień w okopach na froncie. Prezydent Bronisław Komorowski, gdy był jeszcze szefem MON, mawiał w kontekście mizerii sprzętowej, że polski pilot, jak będzie trzeba, to poleci, na wrotach od stodoły. Jeśli tak, to polski przedsiębiorca poleci nawet na skoblu od wrót tej stodoły. Ech, co by było, gdybyśmy mu dali samolot.