Listopadowy szczyt G20 w Seulu ma się zająć tematem wojny walutowej i zakończyć ją. Próżne nadzieje. Może wojna sama dogaśnie, gdy zabraknie pocisków i ofiary będą zbyt liczne. Nawet jeśli, to tylko na chwilę, bo za jakiś czas znowu wybuchnie.

Amerykanie muszą drukować dolara, by rozruszać gospodarkę, i osłabiając swoją walutę, zwiększyć eksport. Chiny chcą utrzymywać niski kurs juana, by utrzymać dotychczasowe tempo wzrostu. Także Japonia czy Brazylia nie mogą pozwolić, by ich waluty umocniły się i zniszczyły konkurencyjność ich gospodarek.

Kryzys zaostrzył różnice w interesach gospodarczych państw. Można się do tego przyzwyczajać. A wojny walutowe mają niemal tak długą historię jak pieniądz, choć do zaostrzenia sytuacji doszło dopiero w XX wieku. Ponieważ wcześniej waluty były ściśle powiązane ze złotem i srebrem, jedyną metodą ograbienia sąsiada, poza działaniami wojennymi, było fałszowanie jego monet. Zalewano więc inne kraje fałszywkami ze zmniejszoną ilością kruszcu, wprowadzając chaos gospodarczy. Drastycznym przykładem takich działań – uważa Wojciech Morawski, kierownik katedry historii gospodarczej w SGH – było zalewanie Polski fałszowanymi tymfami i dwuzłotówkami przez władcę Prus Fryderyka II.

Praktyka ta miała niezbyt przyjemny skutek uboczny dla napastnika. Po jakimś czasie cierpieli również poddani Fryderyka II, do których w końcu docierały sfałszowane pieniądze. Cóż, także teraz, gdyby Amerykanie zmusili Chiny do podniesienia wartości juana, ucierpieliby i mieszkańcy USA, bo wyprodukowane w Chinach towary mocno by podrożały.

Pocieszające, że za Fryderyka II zrewanżowaliśmy się Niemcom w latach 20. ubiegłego wieku. Podczas wojny celnej Polska sięgnęła po broń walutową. Rząd Aleksandra Skrzyńskiego uwolnił kurs złotego i pozwolił mu osłabić się o 40 proc. Dzięki temu wyszliśmy z kłopotów, ruszył eksport i nakręciła się koniunktura. Nie na długo jednak. Wybuch Wielkiego Kryzysu w latach 30. doprowadził do I światowej wojny walutowej. Kolejne kraje dewaluowały swój pieniądz. Pierwsza zaczęła Wielka Brytania. Aby temu zapobiec w przyszłości, w 1944 r. w amerykańskim uzdrowisku Breton Woods przywrócono sztywne kursy. Centralną walutą stał się wymienialny na złoto dolar, a kursy krajowe miały być sztywne względem dolara, o co miały dbać banki centralne.

Jednak po broń walutową nadal sięgano. Gdy w 1956 r. wybuchła wojna sueska i Brytyjczycy wraz z Francuzami i Izraelem zaatakowali Egipt, Amerykanie sprzeciwili się ich działaniom. Kiedy nie pomogła perswazja, zaczęli wyprzedawać funta, doprowadzając do jego załamania. To przekonało premiera Wielkiej Brytanii do wycofania się z wojny o Kanał Sueski.

Kiedy w 1971 r. prezydent Nixon ostatecznie zniósł wymienialność dolara na złoto, a inne kraje przestały sztucznie podtrzymywać kursy swych walut, rozpoczęła się era kursów płynnych, czyli kształtowanych przez prawa popytu i podaży.

Wtedy jeszcze szło się dogadać. Kiedy doszło do podobnej co dziś nierównowagi: Niemcy i Japonia miały nadwyżki handlowe, a USA silnego dolara, wysokie stopy i potężny deficyt, zawarto w 1985 roku porozumienie w Nowym Jorku, w hotelu Plaza. Amerykanie mogli sobie wówczas pozwolić na narzucenie warunków sojusznikom, którzy zdominowali grupę G7. Efektem było osłabienie zbyt silnego dolara. Porozumienie okazało się zabójcze dla ZSRR. Spadła uzależniona od kursu dolara cena eksportowanej przezeń ropy naftowej.

Chiny boją się, że raczej podzielą los Japonii niż ZSRR. Porozumienie z hotelu Plaza przyniosło jej stagnację na dwie dekady i bańkę na rynku nieruchomości. Nie wszystkim pokój walutowy przynosi profity.