Po zapowiedzi prezesa Amerykańskiego Banku Rezerw Bena Bernankego, że inflacja w USA (2 proc.) jest za niska, w dół poleciał nie tylko dolar. Banki centralne od Japonii po Szwajcarię podjęły własną grę na spadek waluty. A inwestorzy zaczęli gwałtownie rozglądać się za bezpieczną poczekalnią dla swoich pieniędzy. Złoto w ciągu tygodnia zdrożało o 15 proc. Z nim surowce naturalne – ropa, miedź, ale też żywność, obligacje i waluty państw ocenianych jako bezpieczne.

Gospodarki państw wznoszących się, jak Polska, Indie, Brazylia, są w stosunkowo dobrej kondycji. Struktura demograficzna zachęca do długoterminowych inwestycji. A potrzeby rządów są ogromne i chętnie wystawiają na rynek obligacje. Dla rządu emitującego kolejne rozdania obligacji to dobra wiadomość. Dobra dla naszych polityków gotowych odtrąbić sukces swojej strategii małych kroków. Patrzcie – pieniądze same do nas płyną.

I gdyby tylko historia ekonomii zechciała zatrzymać się w tym miejscu. Gdybyśmy nie mieli za sobą doświadczeń argentyńskich z 2002 r. Kryzysu azjatyckiego z 1997 r. i trzy lata wcześniej meksykańskiego. Każdy z nich też poprzedziła fala bajecznych inwestycji. Pieniądze sypały się z nieba. Potem okazywało się, że rządy nie mają pokrycia na zaciągnięte zobowiązania i wykup obligacji. Zadłużenie było większe niż możliwości wzrostu gospodarczego. Co było potem, wiemy. Ich zielone bańki pryskały z hukiem.