Przyczyną niezadowolenia ministra i rządu jest fakt, że nie całe transfery do OFE będą odliczane od długu publicznego, ale tylko za okres pięcioletni. I to częściowo, za każdy kolejny rok mniej. Polska i osiem innych krajów UE chciały, by cała suma naszych składek emerytalnych, która kierowana jest do drugiego filaru, nie była wliczana do zadłużenia państwa. Dzięki OFE państwo zdejmuje z siebie część przyszłego emerytalnego długu – kapitałową część przyszłej emerytury wypłacać bowiem będą prywatne fundusze, a nie państwo. W naszym przypadku transfery do drugiego filaru są najważniejszym powodem tak szybkiego wzrostu długu. Rocznie jest to bowiem około 20 mld zł.

Komisja chce jednak liczyć inaczej. Za jeden rok odliczy nam całą sumę, za następny tylko 80 proc., w kolejnych latach – 60, 40 i 20. A potem znów będzie tak jak do tej pory. Nagrodą pocieszenia ma być to, że kraje, które zdecydowały się na reformę emerytalną, będą mogły pozwolić sobie na większy deficyt finansów publicznych. Nie w wysokości 3 proc., ale o jeden punkt procentowy więcej.

Co nam to daje? To zależy od punktu widzenia. Mimo grymasów Jacka Rostowskiego spodziewał się on niewiele więcej. Dzięki Brukseli Platforma zyskuje do wyborów święty spokój. Znika obawa, że zadłużenie budżetu przekroczy granicę 55 proc. PKB, co – jak nakazuje konstytucja – musi spowodować gwałtowne cięcia wydatków. Albo wzrost podatków. Jeśli więc do tej pory można było mieć cień nadziei, że ten nóż na gardle zmusi koalicję do choćby kosmetycznych, najbardziej koniecznych posunięć – to teraz ta nadzieja znika. Żadnych reform, ani dużymi, ani drobniutkimi krokami nie będzie. Rząd nie zaryzykuje przed wyborami parlamentarnymi utraty choćby odrobiny społecznego poparcia. Kłopotem, który za kilka lat powróci, nikt się dzisiaj przejmować nie będzie. Dość wyrzeczeń dla dobra przyszłych pokoleń.

Tymczasem ten zabieg księgowy, który proponuje KE, nie czyni nas wcale mniej zadłużonymi. Nie powoduje, że minister finansów może mniej pożyczać, a więc emitować obligacje skarbowe za mniejszą sumę. Prawdziwy deficyt finansów publicznych nadal wynosi ponad sto miliardów! Nieco poprawi się tylko nasze samopoczucie. Dopóki ci, którzy te obligacje od nas kupują, nie powiedzą dość! I jak w przypadku Grecji zażądają lichwiarskich procentów.

Przyszli emeryci grymasów nie robią, ale tak naprawdę to my mamy kłopot. Dla ludzi ważne są nie wskaźniki, których przeważnie nie rozumieją, ale nadzieja lub jej brak na przyszłą godziwą emeryturę. Nadmierne zadłużenie państwa nie pozostawia złudzeń – będziemy je spłacać już jako emeryci z naszych podatków.

I jeszcze jeden powód do frustracji, być może najważniejszy. Warto się zastanowić, skąd będą pochodzić w przyszłości zyski OFE. Zyski, które pozwolą wypłacić nam wyższe świadczenia. Otóż w lwiej części pochodzić one będą z budżetu państwa! Z odsetek i wykupu obligacji skarbowych, które obecnie aż za 60 proc. naszych składek kupują OFE. To znaczy, że nasze przyszłe emerytury nadal w znacznej części wypłacane będą przez państwo, te odsetki zapłacimy bowiem jako podatnicy. Czyli bomba demograficzna, którą miała rozbroić reforma emerytalna, tyka dalej.