A jakich nie ponoszą PTE, nazywane fabrykami zysków. Nie muszą walczyć o klientów. System zapewnia im stały dopływ klientów. Czyli stały dochód – każdy pracujący wpłaca co miesiąc do funduszu ponad 37 proc. swojej składki emerytalnej. Inwestują przede wszystkim w bezpieczne papiery. Stałe są marże i opłaty za zarządzanie. Koszty łatwe do określenia. Fabryki snów.

Czy mi się to nie podoba? Jeśli fundusze emerytalne mają bezpiecznie inwestować nasze pieniądze – a jak widać z danych, tak się dzieje – same przy tym niewiele ryzykując i w związku z tym nie mając udziału w zyskach – to zgoda. Również w amerykańskich funduszach emerytalnych management nie jest wynagradzany od zysków – by nie narażać pieniędzy przyszłych emerytów na straty.

Ale minister Michał Boni planuje zmiany. Chcąc zmotywować fundusze do walki o większe zyski, proponuje wprowadzenie premii za osiągnięcie historycznej wartości jednostki uczestnictwa. Obliczyliśmy, że przy 1-procentowym przekroczeniu fundusz średniej wielkości, którego aktywa wynoszą powiedzmy 10 mld zł, otrzymałby 3 mln premii. Za co? Za hossę? Ale to chyba premia dla Pana Boga. Warunki i skala ryzyka OFE się nie zmienią. Zwiększy się tylko nasze ryzyko. Fundusz będzie mógł agresywniej inwestować – ale w ramach ustalonych limitów. Nie grozi odpływ klientów od OFE ani mniejsze marże.

I to mi się nie podoba. Nie chcę, by premiowano kogoś z moich pieniędzy bez mojego przyzwolenia. By ustalano warunki gry, nie pozostawiając mi wyboru. Niech OFE działają w formule obecnej lub zaproponowanej przez Michała Boniego, ale konkurując na wolnym rynku. Niech ja mam prawo 37 procent mojej składki, które nie zasilają ZUS, zainwestować w taki sposób, w jaki mi się podoba. I ponosić takie ryzyko, na jakie mam ochotę. Ponosząc wszelkie tego konsekwencje.